Z mojego ulubionego blogu pod
http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/74950,index.html
przygody blogera po drugiej stronie lustra (z dziejów Zjednoczonego Frontu
Antylustracyjnego)
Ludzi można oceniać także po ich wrogach. Nie widziałem Antoniego
Macierewicza na oczy (tzn.- na żywo), ale jakże nie czuć do niego sympatii
widząc kto go nienawidzi?! Oficjalna propaganda tępi Macierewicza od 30 lat
z kawałkiem (choć w międzyczasie zmieniali się jej dyrygenci) i właśnie
przeżywamy kolejną kulminację tej zabawy. Tym razem poszło o to, że
Macierewicz nadgryzł był WSI - ten matecznik profesjonalizmu i patriotyzmu.
Nagonkę z tej okazji możemy oglądać sobie na bieżąco, więc może - dla
odmiany - zagłębimy się w odmęty historii? A jest do tego niezła sposobność.
Oto, z okazji 19-tych urodzin "GW", otworzyła swoje archiwa dla
publiczności. Oczywiście tam wlazłem... Wlazłem, i poczułem się jak Alicja
po drugiej stronie lustra... Co prawda nie spotkałem gadających zwierzaków i
tym podobnych fenomenów, ale w czym im ustępuje moralizujący Maleszka ("Czy
w polityce nie ma miejsca dla ocen moralnych niezależnych od okoliczności
czasu? Owszem, jest miejsce") albo moralizujący Szczypiorski, którego zgon
Adam Michnik uczcił wzniosłym tekstem? W niczym... Ale miało być o
Macierewiczu i nagonce. Skoczmy więc do roku 1992 i rzućmy okiem na
Największą Nagonkę III RP. Przed skokiem - kilka słów wprowadzenia dla
najmłodszych czytelników...
Droga Młodzieży! Wyobraź sobie, że nie ma internetu (It's easy if you
try), telefony komórkowe chyba już się pojawiają, ale są większe od
stacjonarnych, w TV mamy tylko dwa programy, gazet jest co prawda więcej niż
dwie, ale liczy się tylko jedna. O radiu nie ma co gadać - powtarzają w nim
to, co telewizja powtarza za Najważniejszą Gazetą w Kraju. A do tego -
ludzie zdaje się bardziej ufają mediom. Ciągle działa bowiem mit przełomu -
media są już przecież "nasze". Rozumiecie więc chyba, że przy tak urządzonej
przestrzeni medialnej nagonki ówczesne miały intensywność dużo większą niż
dzisiejsze (niczego dzisiejszym nie ujmując). I w takich właśnie
okolicznościach Sejm z głupia frant przyjmuje uchwałę "lustracyjną"...
Historii tej uchwały dokładnie opisywał nie będę. Interesuje nas to, co
działo po jej wykonaniu i to, jak się rzecz cała odbijała na łamach "GW". A
więc, krótko mówiąc - rozpętało się piekło.... Mieczysław Wachowski i
grupa posłów (mn. Jan Rokita i Jerzy Osiatyński) złożyli do prokuratury
doniesienie o ujawnieniu tajemnicy państwowej oraz o znieważeniu prezydenta
RP (143/92). Inne doniesienie złożył mecenas Henryk Nowicki. Według mecenasa
Macierewicz już tylko mówiąc, że uchwałę wykona dopuścił się przestępstwa z
art. 166 kk (groźba karalna), groził bowiem obywatelom pozbawieniem ich praw
konstytucyjnych. Wiadomość o obywatelskim odruchu mecenasa "GW" opatrzyła w
ulubiony sposób, a więc tytułem "pytajnikowym": "Groźba karalna ministra?"
(129/92). Kilka dni później zrobiło się jeszcze groźniej. "Miał być
zamach?" - pytała gazeta. "Wiarygodne źródła zbliżone do MSW" twierdziły
bowiem, że 4 czerwca minister Naimski postawił w stan wyższej gotowości
bojowej Nadwiślańskie Jednostki MSW (133/92). Kolejną sensację dołożył Jacek
Taylor z Unii Demokratycznej, który ujawniał, że w MSW "zaraz po otrzymaniu
wiadomości o odwołaniu rządu" zaczęło się niszczenie i wywożenie akt i
trwało to bite trzydzieści godzin (134/92). Jeśli komuś przypomina to akcje
polityczno-medialne, które obserwujemy dziś, to chyba słusznie... Idźmy
dalej. Powołano komisję sejmową, która miała zbadać działania lustratorów.
Na czele komisji stanął pan Ciemniewski, który bohatersko protestował
przeciw uchwale (dziś zasiada w Trybunale Konstytucyjnym). Komisja doszła do
wniosku, że wykonanie uchwały "lustracyjnej" nosi znamiona prowokacji
politycznej na wielką skalę. W wyniku prowokacji dojść miało do
kompromitacji i paraliżu najważniejszych organów państwa, a w rezultacie -
władzę przejęliby autorzy "listy Macierewicza" (156/92). Komisja odgrażała
się, że postawi Macierewicza przed Trybunałem Stanu (155/92). Ile dziś
zostało z tych wszystkich sensacji, zawiadomień prokuratury i stawiania
przed Trybunałem - wiecie sami... Dodajmy jeszcze, że korespondenci "GW"
donosili, iż świat cały odetchnął z ulgą po upadku rządu Olszewskiego
("Wyglądało na to, że podobnie jak Czechosłowacja Polska ulegnie
lustracyjnemu szaleństwu", ale na szczęście sytuację uratował Wałęsa -
cytował NYT Jacek Kalabiński).
Informacjom towarzyszyła oczywiście publicystyka. Adamowi Michnikowi,
jak nietrudno zgadnąć wszystko skojarzyło się z "marcem 68" (szczerze
mówiąc, nie znam osobnika o równie małym zasobie skojarzeń...). Pisał: "Znam
ten zapach. Tę woń pomówień. Pamiętam to uczucie mdłości, gdy w 1968 roku
Gomułka insynuował, że Paweł Jasienica był agentem. Teraz znów to poczułem,
gdy słucham pewnych wypowiedzi na temat Lecha Wałęsy" (139/92). Michnik
przedstawił też "psychiatryczną" teorię wyjaśniającą działania lustratorów:
"Byli to kiedyś ludzie dzielni. Jakże blisko - dziś widzę - od dzielności do
fanatyzmu. I jak blisko od fanatyzmu do szaleństwa...". W ogóle zresztą
roiło się wtedy od psychiatrów. Nieco wcześniej Jacek Kuroń oświadczył:
"Macierewicz postanowił zniszczyć państwo, bo widocznie jest chory"
(132/92). A i w odczuwaniu mdłości Michnik nie był odosobniony. Mdłości (i
nienawiść) czuł Jerzy Sosnowski, na "liście Macierewicza" znalazł się bowiem
jego mistrz - Michał Boni. W artykule pt. "Boni, brednie i dranie" Sosnowski
grzmiał: "Uważam, że wobec ludzi, którzy w tak brutalny sposób przekraczają
normy cywilizacyjnego, europejskiego (tak!) życia, należy stosować zasadę
czasowej lub bezwzględnej infamii, nie czekając, czy ich ofiary zdecydują
się na wystąpienie do prokuratora" (144/92). Boni znalazł więcej obrońców.
Tekst pod tytułem "Oskarżony oskarża" przynosił list otwarty, w którym
stało: "Umieszczenie na zaakceptowanej przez min. Macierewicza liście
nazwiska Michała Boniego, posła KLD (...) uważamy za element walki
politycznej. Jako osoby, które z bliska współpracowały z Michałem Bonim w
ciągu ostatnich 12 lat odrzucamy te bezpodstawne oskarżenie i jesteśmy
przekonani, że zrobi tak każdy, kto miał okazję się z nim zetnkąć" (139/92).
List podpisali - między innymi - Bujak, Wujec, Stasiński, Turnau...
Obok nurtu patetycznego istniał w publicystyce nurt ironiczny. I tu
odznaczył się Adam Michnik, który pisał w tekście "Bolek, Lolek i
Zapalniczka": "Donoszę panie naczelniku, że nareszcie wszyscy są zadowoleni.
Jacek i Placek, Flip i Flap a także Bolek i Zapalniczka. Kolejna wojna na
górze zrealizowała pośmiertne marzenia naszych wielkich rodaków - Feliksa
Dzierżyńskiego i Mieczysława Moczara. W końcu wszyscy zostali agentami, choć
nie wszyscy są już zdemaskowani i ujawnieni" (142/92). Uderza zresztą
osobliwy prymitywizm "nurtu ironicznego", zwłaszcza, że chodzi o gazetę
mieniącą się organem inteligencji. Marek Beylin, na przykład popełnił tekst
w stylistyce: "Niedawno odbył się zjazd takich osób, co im Marsjanie świecą
po opłotkach. Powinni byli zaprosić Macierewicza, który wyciągnąłby teczki z
czwartego wymiaru i udowodnił, że to nie Marsjanie, tylko Geremek lata na
miotle i kwasi babom mleko" . Zdaniem Beylina Macierewicza "ciÄ…gnie (...) do
teczek jak pijaka do wódki, a esperalu na władzę jeszcze nie wymyślono"
(153/92). Tekst Beylina polecam uwadze wszystkim, którzy narzekają na
anonimowych blogerów opluwających ludzi w internecie. Co do anonimowości...
W "GW" funkcjonowała wtedy (i dziś się pojawia) rubryka "Telefoniczna Opinia
Publiczna". Służyła ona do publikowania tekstów, pod którymi wstydziliby się
położyć podpis dziennikarze gazety (a nie słyną oni ze wstydliwości).
Słowem - w "TOP" można było poszaleć. I tak też robiono. Mnożyły się tam
głosy w rodzaju:
"Co za ulga, że sejm odwołał Macierewicza ze stanowiska ministra spraw
wewnętrznych. Czy posłowie wcześniej nie oglądali w telewizji "Wydarzeń
Tygodnia" w którym występował Macierewicz? Nie widzieli tych oczu, nie
słyszeli co i jak mówił człowiek płonący ogniem nienawiści do kolegów nie
podzielających jego zdania? Ja bym takiego człowieka ze strachu nie wpuściła
do własnej kuchni, a co dopiero do państwowej, ministerialnej spiżarni z
UB-ckimi zapasami" (147/92)
albo, histerycznie:
"Niech każą mi nosić hańbiącą opaskę z sierpem i młotem, niech utworzą
humanitarne getta, abym nie otarł się broń Boże, swoimi "udeckimi" poglądami
o czyste czoła wyznawców słusznej ideologii. Jedno powiem: wstyd mi, że dziś
to wszystko dzieje się w moim kraju po tym, co już było i co jeszcze
pamiętam" (139/92)
Zdarzały się listy, których stylistyka niechybnie skojarzyłaby się Adamowi
Michnikowi ze straszliwym marcem:
"Najwyższy czas położyć tamę nieodpowiedzialnym wypowiedziom. (...). W
czyim interesie jest ten zamęt?" (129/92)
Tak rodził się i krzepł Wykształciuch Postkomunistyczny. Kiedy znajdą
się magistranci, albo doktoranci, którzy zanalizują tamten język? (na prof.
Głowińskiego nie liczę...). Zmierzamy do końca, nadszedł czas podsumowań.
Ujmę to tak: nagonki polityczne z czasu schyłku PRL-u pamiętam słabiej, i
może tu tkwi przyczyna, ale nie przypominam sobie żadnej, która
intensywnością i skalą nienawiści przypominałaby tę z 1992 roku
(przypuszczam, ż w grę wchodzi strach - komuniści nie bali się do tego
stopnia, pewnie - nie bali się wcale). Być może coś podobnego zdarzyło się w
marcu 1968? Nie wiem. Nie było mnie wtedy na świecie, a poza tym - czy ja
jestem Michnik, żeby mi się wszystko kojarzyło z marcem? Tak, czy owak - kto
nagonkę z 1992 roku widział, ten dzisiejszą ogląda z dystansem popijając
przy tym piwo (ja wiem, że po wyznaniach premiera wypadałoby napisać
"popalając skręta", ale pozwólcie, że zostanę przy piwie...). Jak bowiem
mawiali starożytni Żydzi: "historia magistra vitae est"...
PS
Jeszcze jedna anegdota historyczna. Gdy w 1993 policja dość brutalnie
rozbiła demonstrację urządzoną z okazji rocznicy upadku rządu Olszewskiego,
w "GW" relacjonowano te wydarzenia pod tytułem "Spałowana nienawiść".
Autorzy Relacji - Piotr Lipiński, i, niestety, Jerzy Jachowicz - sugerowali
przy tym, że organizatorzy manifestacji niecnie wykorzystali policję do
swoich celów: "Organizowali tę checę Kaczyński, Glapiński, Macierewicz,
Parys i Romaszewski, skądinąd parlamentarzyści jeszcze parę dni temu.
Policja - zapewne wbrew intencjom swoich zwierzchników - pomogła tym
politykom w przedstawieniu Polski jako państwa, w którym dominiuje wrogość
między rządzącymi a społeczeństwem". Wierzcie, lub nie - w "Polityce" nie
znalazł się wtedy nikt, kto wspomniałby coś o "dziennikarstwie reżimowym"...