JPII uważał Jaruzelskiego za patriotę?
Zdaniem "Dziennika" teza włoskiego eurodeputowanego Jasia Gawrońskiego jest
kontrowersyjna. Jednak wiele wskazuje na to, że wprowadzenie stanu wojennego Jan
Paweł II przywitał... z ulgą.
Gawroński, nieco ekscentyczny włoski polityk polskiego pochodzenia, w tekście
opublikowanym w "Corriere della Sera" twierdzi, że w obliczu papieskiej opinii o
Jaruzelskim proces generała, w którym odpowiada on za stan wojenny, jest
absurdalny. Zdaniem Gawrońskiego, jeśli Polacy tak bardzo liczą się ze zdaniem
Jana Pawła II, nie powinni tego czynić w sposób wybiórczy.
Skąd Gawroński wie, co Karol Wojtyła myślał o generale Jaruzelskim? Podobno sam
to Gawrońskiemu powiedział.
Za moją tezą przemawiają rozmowy, które przeprowadziłem z Janem Pawłem II. W
ich trakcie wypowiadał się o generale z wielkim szacunkiem, nazywając go nawet
kiedyś patriotą. Papież Wojtyła okazał to przekonanie, przyjmując dwa razy
Jaruzelskiego, kiedy nie było takiej potrzeby, gdy generał nie był już
prezydentem, lecz zwykłym emerytem.
Jednak wcale nie musimy wierzyć Gawrońskiemu na słowo. Historię relacji papieża
z generałem łatwo prześledzić na podstawie innych świadectw. Relacje te były
całkiem inne, niż wynika z rozpowszechnionego dziś mitu o nieprzejednanie
antykomunistycznej postawie polskiego Kościoła katolickiego. W rzeczywistości
była ona znacznie bardziej rozsądna i pojednawcza. Zwłaszcza jeśli chodzi o
wprowadzenie stanu wojennego.
Po pierwsze, według relacji Gierka i Jabłońskiego Jaruzelski, w roku 1978 szef
MON, ucieszył się z obrania Polaka papieżem. Podobnie jak Gierek uważał to za
powód do dumy dla Polski - choć poważną komplikację dla jej ówczesnych władz.
27 marca 1981 roku, w obliczu strajku generalnego i niezwykle trudnych
negocjacji władz PRL z "Solidarnością", Jan Paweł II pisze list do prymasa
Wyszyńskiego. Wspomina w nim, że ma liczne sygnały z Polski, że ludzie chcą
pracować, nie strajkować, oraz apeluje o "wzajemne zrozumienie, dialog,
cierpliwość i wytrwałość", oraz podkreśla, że "Polacy mają niezaprzeczalne prawo
rozwiązywać swoje problemy sami, własnymi siłami". Jak się zdaje, również papież
obawiał się radzieckiej interwencji.
26 listopada, już po śmierci Wyszyńskiego - swoją drogą niezwykle przez władze
celebrowanej - episkopat wydaje słynny komunikat ze słowami o groźbie wojny
domowej. Dwa dni wcześniej Jaruzelski pod pozorem przygotowań do zimy dokonał
dyslokacji oddziałów Ludowego Wojska Polskiego. Prymas Glemp apeluje o zgodę i
pojednanie, ale w rozmowie z amerykańskim ambasadorem Francisem Meehanem
przyznaje, że jest duże zagrożenie stanem wojennym. Tymczasem Wałęsa wciąż
twierdzi, że był to dla niego grom z jasnego nieba.
Gdy Jaruzelski stan wojenny wprowadził, Glemp wygłasza swe słynne, wielokrotnie
transmitowane przez radio i telewizję kazanie. Nawołuje w nim wprost do
niesprzeciwiania się władzy - ostrożnie uznając argumentację Jaruzelskiego, że
wybrał mniejsze zło i podkreślając, że uniknięcie rozlewu krwi jest dobrem
najwyższym.
Jest to w pełnej zgodzie z tym, co Jan Paweł II powiedział podczas modlitwy
Anioł Pański w Watykanie kilka godzin wcześniej: wszystko musi zostać uczynione
dla pokoju, gdyż nie wolno już przelewać polskiej krwi. Jednak ani w wypowiedzi
Wojtyły, ani tym bardziej Glempa, nie ma ani słowa potępienia dla reżimu, który
stan wojenny wprowadził.
Słowem, Kościół wykazał się w tych trudnych dniach postawą spokojną i łagodzącą
napięcia. Wiadomo, że przesądził o tym osobisty wpływ Wojtyły - który po śmierci
Wyszyńskiego zachował dla siebie funkcję swoistego "superprymasa" Polski.
Przyznać trzeba, że to Kościołowi zawdzięczamy w dużej mierze stosunkowo
spokojne przetrwanie owego grudnia.
Kościół odegrał wtedy rolę bardzo pozytywną. Trudno zrozumieć, dlaczego dziś tak
siÄ™ jej wstydzi.
Magda Hartman
http://www.pardon.pl/artykul/6243/jpii_uwazal_jaruzelskiego_za_patriote
boukun