z
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20071220&id=my11.txt
Badacz owadów, poseł Stefan Niesiołowski, popularnie zwany "profesorem od
robaków", od lat wyróżnia się niebywałymi napadami politycznej agresji.
Można wręcz podziwiać jego wyjątkową "hojność" w obdarzaniu przeciwników
politycznych wyzwiskami. Postępowanie Niesiołowskiego najlepiej
scharakteryzował satyryk Marcin Wolski, pisząc parę lat temu: "Senator
Niesiołowski tak długo zbierał muchy-plujki, aż sam się upodobnił do jednej
z nich". Za swoje tak staranne opluwanie wszystkich inaczej myślących niż
politycy z PO Niesiołowski doczekał się upragnionej nagrody - został
wicemarszałkiem obecnego Sejmu.
Ostatnio w programie Tomasza Sekielskiego w TVN z 7 grudnia 2007 r. nowy
przykład tej pasji w wykonaniu świeżo upieczonego wicemarszałka Sejmu RP.
Radio Maryja, powszechnie uważane za najważniejszy w mediach bastion obrony
wiary i polskości, zostało oczernione przez Niesiołowskiego jako rzekomo
szkodzące Polsce. Z równą furią zaatakował Niesiołowski ojca dyrektora
Tadeusza Rydzyka, apelując o jego jak najszybsze usunięcie jako rzekomego
"szkodnika". Nie zabrakło też epitetów pod moim adresem. Stefan Niesiołowski
zarzucił mi kłamstwo, choć nie znalazł, bo nie mógł znaleźć, żadnego
przykładu mego rzekomego rozmijania się z prawdą. Najbardziej oburzający
jednak był atak na księdza biskupa Józefa Zawitkowskiego. Ten wspaniały
hierarcha, słynny z jakże pięknej poetyckiej formy wyrażania swego
głębokiego zatroskania o Kościół i Naród, "naraził się" Niesiołowskiemu
jakże wzruszającą homilią, wygłoszoną podczas uroczystości 16-lecia Radia
Maryja w dniu 7 grudnia 2007 r., a zwłaszcza stwierdzeniem, że w Toruniu
"powiało polskością"! Niesiołowski napiętnował słowa księdza biskupa jako
rzekomy wyraz "niepojętego zaślepienia, ślepoty na fakty", bo Radio Maryja
"szkodzi Polsce".
Powie ktoś, po co zajmuję się tu kolejną nieobliczalną napaścią posła
Niesiołowskiego? Niestety, jest on dziś wicemarszałkiem Sejmu RP i pewno
będzie jeszcze długo zaniżał poziom polskiej debaty parlamentarnej. I będzie
nadal wprowadzał - zamiast Norwidowskiej zasady "różnienia się pięknie" -
zwyczaj równania z ziemią wszystkich inaczej myślących.
W konspiracyjnym "Ruchu"
Karierze Stefana Niesiołowskiego szczególnie mocno służył upowszechniany
przez niego na każdym kroku mit o swojej bohaterskiej przeszłości,
konspiracji i więzieniu. Niesiołowski wielokrotnie pisał o swej roli w
działalności niepodległościowego "Ruchu" (m.in. w książkach "Wysoki brzeg",
Poznań 1989; "Ruch przeciw totalitaryzmowi", Warszawa 1989 - wydany pod
pseudonimem Ewy Ostrołęckiej) oraz w publikacjach prasowych. Prawdą jest to,
że Niesiołowski konspirował i siedział w więzieniu, ale ta prawda jest jakże
niepełna bez towarzyszących jej faktów, ilustrujących załamanie się
Niesiołowskiego już w pierwszym dniu śledztwa i nagminne sypanie kolegów i
koleżanek z konspiracji, począwszy od własnej narzeczonej. Przypomnijmy
konkretne świadectwa na ten temat.
Współorganizowany przez Stefana Niesiołowskiego w drugiej połowie lat 60.
konspiracyjny "Ruch" miał program jednoznacznie nastawiony na dążenia w
kierunku odzyskania niepodległości Polski, i to było jego najważniejszą
zaletą. Dużo mniej zachęcające były przyjęte przez działaczy "Ruchu" metody
zdobywania środków na konspiracyjną propagandę celów niepodległościowych. I
tak np. prawdziwą ślepą uliczką działań konspiracyjnych wydaje się, opisany
przez S. Niesiołowskiego, pomysł zdobycia pieniędzy dla "Ruchu" przez napad
na ekspedientkę. Jak zeznawał Niesiołowski: "W rezultacie przeprowadzonych
obserwacji podjęliśmy próbę przejęcia pieniędzy, odnoszonych do banku przez
ekspedientkę z tego sklepu [przy ul. Źródłowej w Łodzi - J.R.N.], co miało
miejsce w styczniu lub lutym 1969 roku. Z tym, że idąc na miejsce, z góry
byliśmy ograniczeni naszym podstawowym założeniem w tego rodzaju
poczynaniach - nie mogliśmy pod żadnym pozorem używać przemocy. Gdyby użycie
przemocy okazało się konieczne, akcję mieliśmy odwołać. Tak też się stało,
ponieważ bezpośrednio działająca osoba - Andrzej Czuma - jak mi później
powiedział, podszedł do tej kobiety, ale kiedy zorientował się, że odebranie
pieniędzy wiąże się z koniecznością użycia siły, z zamiaru tego zrezygnował"
(cyt. za E. Ostrołęcka [S. Niesiołowski - J.R.N.] "'Ruch' przeciw
totalitaryzmowi", Warszawa 1989, s. 191).
Ostatecznie "Ruch" zrezygnował z metod zdobywania pieniędzy przy
zastosowaniu środków przemocy. Mówił o tym S. Niesiołowski w swym zeznaniu z
1 lipca 1970 r., stwierdzając m.in.: "Doszliśmy do wniosku, że należy
zaprzestać napadów i włamań ze względów natury moralnej, ponieważ takie
działania mogą doprowadzić do wyrządzenia krzywdy jednostkom" (cyt. za E.
Ostrołęcka [S. Niesiołowski - J.R.N.], op. cit., s. 192). Stosowano
natomiast, by zabezpieczyć możliwości konspiracyjnej pracy propagandowej,
kradzież maszyn do pisania w różnych częściach Polski. Stefan Niesiołowski
zeznawał, że brał udział w kradzieży maszyn do pisania: z Katedry Fizjologii
Roślin Uniwersytetu Łódzkiego, z lokalu redakcji, z Biblioteki
Uniwersyteckiej w Łodzi, z Prezydium WRN w Łodzi, z Katedry Nauk
Politycznych PL, z Rady Narodowej dla dzielnicy Łódź Śródmieście (por. E.
Ostrołęcka: op. cit., s. 192). Sam Niesiołowski popisał się wielką
zręcznością w kradzieży maszyn do pisania, dwukrotnie osobiście wynosząc je
z pomieszczeń (por. tamże, s. 192).
Warto dodać, że niezależnie od tych trudnych do pochwalenia metod "Ruch"
wyróżnił się wydawaniem dwóch pism: ogólnopolskiego "Biuletynu" pod redakcją
Emila Morgiewicza i łódzkiego lokalnego "Informatora" pod redakcją S.
Niesiołowskiego i Stefana Turschmida (por. S. Niesiołowski, "Niepodległość,
antykomunizm", "Ozon" z 5 lipca 2006 r.).
Według zeznań Niesiołowskiego udało mu się zniszczyć, umieszczoną na Rysach,
tabliczkę ku czci Lenina. Co najważniejsze, Niesiołowski zniszczył tę
tablicę w najodpowiedniejszym momencie - w dzień po wkroczeniu wojsk państw
Układu Warszawskiego do Czechosłowacji (por. E. Ostrołęcka: op. cit., s.
194).
Konspiratorom z "Ruchu" nie udało się jednak doprowadzić do realizacji
zaplanowanych przez nich dużo ambitniejszych celów - wysadzenia w powietrze
pomnika Lenina i spalenia Muzeum Lenina w Poroninie. Donosy położyły kres
działalności "Ruchu". Wtedy doszło jednak do mało heroicznego, wręcz
tchórzliwego, zachowania Stefana Niesiołowskiego w śledztwie, jego sypania
na współwięźniów, począwszy od pierwszych dni przesłuchań.
Zacytujmy tu konkretne dowody na to, w oparciu o protokoły z przesłuchań
działaczy z konspiracyjnego "Ruchu", znajdujące się w Instytucie Pamięci
Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI). Przesłuchującym był por.
Dariusz Borowczyk z KW MO w Łodzi. Oto fragmenty tych przesłuchań:
1. Na s. 11-12 wspomnianego zbioru protokołów dowiadujemy się, pod datą 20
czerwca 1970 r. o godz. 15.10, iż "Stefan Myszkiewicz - Niesiołowski
przyznaje się do tego, że istniał 'Ruch', że był organizacją konspiracyjną.
Twierdzi, że nie było przywódców".
2. W tym samym VI tomie zbioru protokołów przesłuchań, na s. 11-20, pod datą
21 czerwca 1970 r. czytamy zeznanie Niesiołowskiego, otwarcie informujące:
"Przyznaję się do winy w przedmiocie przedstawionego mi zarzutu i wyjaśniam,
co następuje..." - i tu padają nazwiska najbliższych i przyjaciół, w tym
brata S. Niesiołowskiego - Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja
Woźnickiego.
3. Pod datą 25 czerwca 1970 r. Niesiołowski odsłania przesłuchującemu go
oficerowi rozszyfrowane przez niego pseudonimy działaczy "Ruchu": "Emila"
(Emila Morgiewicza), "Jurka" (Benedykta Czumę) i innych. Równocześnie
Niesiołowski starał się wyraźnie maksymalnie pomniejszyć swoją rolę w
"Ruchu", zaprzeczał swojej przynależności do "Ruchu" i współredagowania
tajnego "Biuletynu" (por. A. Echolette: "Niesiołowski sypie 'Ruch'", "Nasza
Polska" z 5 grudnia 2006 r.).
4. 28 czerwca 1970 r. następuje totalne załamanie się S. Niesiołowskiego w
czasie przesłuchania, prowadzonego przez kpt. mgr. Leonarda Rybackiego z
Biura Śledczego MSW w Warszawie (por. tom VI wspominanego zbioru protokołów,
s. 11-76). Niesiołowski przyznaje: "Wyjaśnienia, jakie wówczas [przed 28
czerwca 1970 r. - przyp. aut.] składałem, odnośnie mojej przynależności i
działalności w nielegalnym związku, częściowo były nieprawdziwe... Pragnę
dziś wyjaśnić mój udział w nielegalnej organizacji w sposób szczery i zgodny
z prawdą...".
5. 29 czerwca 1970 r., w czasie zeznania złożonego przesłuchującemu go kpt.
mgr. Leonardowi Rybackiemu, Niesiołowski sypie własną narzeczoną Elżbietę
Nagrodzką, podając m.in. jakże ciężki w ówczesnej sytuacji dowód przeciw
niej - informację, że Nagrodzka miała - wg planu działań "Ruchu" -
uczestniczyć w akcji podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie. Odpowiedni
fragment zeznania S. Niesiołowskiego brzmi: "(...) Pragnę jeszcze wyjaśnić,
że pozyskałem, wiosną 1969 roku, jako członka naszej nielegalnej
organizacji, również Elżbietę Nagrodzką, zam. w Łodzi przy ul. Bydgoskiej 30
m. 39. Nagrodzką zorientowałem, kto jest członkiem organizacji na terenie
Łodzi oraz poznałem z Andrzejem Czumą z Warszawy. Wiadomym mi jest, że
Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie".
6. Pod datą 8 lipca 1970 r. czytamy w zbiorze protokołów, że Niesiołowski
wymienia z nazwiska Andrzeja Czumę, ujawniając, iż: "Andrzej Czuma był
bardzo aktywnym członkiem naszego 'Ruchu' i inicjatorem różnych akcji
(...)".
7. Szczególnie wymowny jest tekst zeznań S. Niesiołowskiego, zaprotokołowany
pod datą 11 lipca 1970 r. (s. 11-24 zbioru protokołów): "Pragnę uzupełnić
oraz sprostować pewne wyjaśnienia, jakie złożyłem do protokołów w czasie
poprzednich przesłuchań, na temat podjętej przez nasz 'Ruch' akcji spalenia
Muzeum Lenina w Poroninie. Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić
niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem
swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w
innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę...".
Sprawa b. narzeczonej S. Niesiołowskiego
Osobą, która szczególnie ciężko przeżyła załamanie się Stefana
Niesiołowskiego w śledztwie i jego sypanie na najbliższych, była jego
ówczesna narzeczona Elżbieta Nagrodzka. W dramatycznym liście do redaktora
naczelnego tygodnika "Ozon" Grzegorza Górnego, wystosowanym 1 lipca 2006 r.,
E. Nagrodzka tak pisała na ten temat: "Stefan Niesiołowski zbudował swoją
pozycję polityka oraz image nieugiętego herosa na kłamstwie. Załamał się już
pierwszego dnia śledztwa i sypał nas, swojego brata Marka, przyjaciół
Andrzeja i Benedykta Czumów, i mnie, swoją narzeczoną od pierwszego
przesłuchania! Podczas gdy ja, kobieta i szeregowy członek organizacji,
przez wiele dni śledztwa twierdziłam, że 'nic nie wiem o Ruchu' (...) Stefan
Niesiołowski nie wprowadzał mnie do żadnej organizacji, (...) znałam Czumów
wyłącznie towarzysko (patrz protokół z przesłuchania 30.VI.1970 r.), on -
mężczyzna i jeden z przywódców, sypał nas od pierwszego przesłuchania
(20.VI.), nie szczędząc detali. (...) Kiedy po wielu dniach przesłuchań
(30.VI.) kolejny raz zaprzeczyłam, że istnieje 'Ruch', śledczy pokazał mi
protokół z 20.VI., podpisany ręką Niesiołowskiego, w którym podaje szczegóły
mojej działalności. Dostałam wtedy parę innych protokołów z zeznań kolegów,
z których wynikało, że Wojciech Mantaj zaczął zeznawać już 22.VI., Marek
Niesiołowski - 25.VI., a Benedykt Czuma - 28.VI. Dla pikanterii dodam, że na
podobną okoliczność 'Ruch' zalecał bezwarunkowe milczenie i ja miałam odwagę
się do tego zalecenia zastosować. Załamanie Stefana i paru innych kolegów
przeżyłam boleśnie. Wyobrażałam sobie idealistycznie, a może naiwnie, że
jeśli wszyscy będą milczeli, SB będzie musiała nas wypuścić. Przecież
jeszcze wtedy nie wiedziałam, że miała wtyczki i sporo informacji o grupie.
W tym samym czasie otrzymywałam od Stefana listy z propozycją 'ślubu w
więziennej kaplicy'. Co za hipokryzja. W furii napisałam list, w którym
nazwałam Niesiołowskiego i tych, którzy sypali, tchórzami i zdrajcami".
W liście wystosowanym w dniu 4 grudnia 2006 r. do marszałka Senatu Bogdana
Borusewicza Elżbieta Nagrodzka pisała m.in.: "(...) Z rzadka mówi się o tym
etapie historii grup niepodległościowych, który jest początkiem końca, kiedy
ktoś zaczyna sypać i wszystko rozpada się jak domek z kart. Tym kimś w
naszym procesie był Stefan Niesiołowski - będąc współzałożycielem, stał się
zarazem grabarzem 'Ruchu'" [podkr. - J.R.N.].
Skazana w procesie uczestników konspiracyjnego "Ruchu" na 2 lata więzienia
Nagrodzka i tak miała dużo szczęścia. Na skutek przeciągania się śledztwa do
procesu doszło już za czasów Gierka - w 1971 roku. W rezultacie wyroki były
bez porównania łagodniejsze, niż byłyby w przypadku przeprowadzenia go
jeszcze za rządów Gomułki. Wówczas groziłoby jej nawet 10 lat więzienia.
Pani Elżbieta po wyjściu na wolność miała wielkie problemy ze zdobyciem
pracy. Będąc dziennikarką, faktycznie straciła wszelkie szanse uprawiania
zawodu. Przez kolejnych 8 lat nie mogła dostać pracy w tym zawodzie i żeby
przetrwać, zatrudniała się jako archiwistka, instruktorka w dzielnicowym
domu kultury etc.
W 1990 r. Nagrodzka wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie pracując jako
publicystka i krytyk filmowy, wydała kilka książek o brytyjskim filmie. W
1992 r. E. Nagrodzka (E. Królikowska) z zaskoczeniem dowiedziała się o
nieprzyjemnym komentarzu Stefana Niesiołowskiego na temat jej postawy w
śledztwie. Natychmiast przekazała sprawę swojemu przyjacielowi mecenasowi
Karolowi Głogowskiemu, znanemu działaczowi opozycji demokratycznej.
Głogowski, w oparciu o jej upoważnienie, skontaktował się z Niesiołowskim i
zażądał od niego natychmiastowych przeprosin za oszczercze pomówienie.
Zagroził również, że w przypadku nieuzyskania przeprosin ze strony
Niesiołowskiego skieruje przeciw niemu do sądu sprawę o naruszenie dóbr
osobistych.
Niesiołowski najpierw wyparł się wszystkiego (wg A. Echolette, "Niesiołowski
sypie 'Ruch'", "Nasza Polska" z 5 grudnia 2006 r.). Później jednak,
przyciśnięty do muru przez mecenasa Głogowskiego, bojąc się skutków rozprawy
sądowej i nagłośnienia całej historii, przeprosił Nagrodzką w obecności
adwokata. Podpisał wówczas (9 listopada 1992 r. w Łodzi) oświadczenie o
następującej treści: "Oświadczam, że cofam słowa wypowiedziane w dniu 1
stycznia 1992 r. w Muzeum Kinematografii w Łodzi m.in. wobec małż. Teresy i
Bogusława Kobierskich, a dotyczące p. Elżbiety Królikowskiej, którą
przepraszam. Mając powyższe na uwadze, zobowiązuję się równocześnie do
usunięcia z mojej książki pt. 'Wysoki brzeg' fragmentów, odnoszących się do
Agnieszki, które mogą być kojarzone z osobą p. Elżbiety Królikowskiej, a
nadto w przyszłości powstrzymywać się od wypowiedzi na temat p. E.
Królikowskiej w kontekście wspomnianej sprawy. Tytułem dania moralnej
satysfakcji zobowiązuję się wpłacić dwa i pół mil. złotych na Dom Samotnej
Matki, w okresie dwóch miesięcy od daty podpisania niniejszego
oświadczenia". W moim posiadaniu znajduje się zarówno ksero cytowanych wyżej
oficjalnych przeprosin ze strony S. Niesiołowskiego, jak i ksero
podziękowania dyrektora Domu Samotnej Matki p. Ireny Kaproń, złożonego
Niesiołowskiemu 18 stycznia 1993 r., po wpłaceniu przezeń sumy dwóch i pół
miliona zł na potrzeby wspomnianego Domu.
Pomimo konieczności przeproszenia Elżbiety Nagrodzkiej w 1992 r., po
kilkunastu latach - w 26. numerze tygodnika "Ozon" z 2006 r. - Niesiołowski
kolejny raz wystąpił przeciw niej (teraz już Elżbiecie Królikowskiej-Avis) z
pomówieniem, umieszczającym jej nazwisko w dwuznacznym kontekście. Pani
Elżbieta od wielu lat przebywa w Anglii (wyszła za mąż za brytyjskiego
dziennikarza). Być może Niesiołowski mniemał, że jego była narzeczona -
dziennikarka w Anglii - nie zauważy jego publikacji w niezbyt szeroko
rozpowszechnionym tygodniku "Ozon". Niesiołowski przeliczył się jednak, bo
jego tekst dotarł do p. Elżbiety, która natychmiast napisała do naczelnego
"Ozonu" red. Grzegorza Górnego sprostowanie, z żądaniem opublikowania oraz
złożyła w sądzie sprawę o naruszenie jej dóbr osobistych.
Dziennikarz "Gazety Wyborczej" Marcin Masłowski, komentując w numerze z 13
grudnia 2006 r. wystąpienie Elżbiety Nagrodzkiej na drogę sądową, pisał
m.in.: "Nagrodzka poczuła się urażona stwierdzeniem senatora w lipcowym
'Ozonie' (...) - 'Niesiołowski naruszył moje dobra osobiste, moją cześć i
godność - mówiła wczoraj w sądzie. Nie miał prawa sugerować, że zachowałam
się niegodnie w śledztwie, bo to on sypał już na pierwszym przesłuchaniu
swoich przyjaciół, rozszyfrowywał pseudonimy. My milczeliśmy, a on,
przywódca - wszystko im mówił. A teraz oskarża mnie o niegodne zachowanie!'
(...). Nagrodzka na dowód pokazała protokoły przesłuchań Niesiołowskiego,
które dostała z IPN. Wynika z nich, że Niesiołowski w rozmowach z oficerami
SB rozszyfrowuje pseudonimy działaczy 'Ruchu', mówi, kto działał w
organizacji".
Redaktor M. Masłowski, informując o sposobie, w jaki Niesiołowski bronił się
przed zarzutami E. Nagrodzkiej, przytaczał jego słowa: "Mówiłem im to, co i
tak wiedzieli. Zeznawałem, i to było błędem. Trzeba było milczeć, ale na to
zdobył się tylko Andrzej Czuma".
W tym samym numerze "Wyborczej" z 13 grudnia 2006 r. znalazł się komentarz
do całej sprawy, napisany przez dziennikarkę Joannę Szczęsną, która sama
niegdyś była uwięziona za konspirację w "Ruchu". Szczęsna przytoczyła słowa
Jana Kelusa, wspominającego proces "taterników" z 1970 r. w wywiadzie-rzece
pt. "Był raz dobry świat". Kelus pisał tam jakże realistycznie o przebiegu
śledztwa w sprawie "taterników": "'(...) Jedyną osobą, która konsekwentnie
odmówiła zeznań, był Jakub Karpiński (...). Cała reszta w śledztwie
zeznawała. Jedni od razu, drudzy trochę później, jedni kajając się, jak na
świętej spowiedzi, inni kręcąc, kombinując, składając deklaracje ideowe,
odcinając się (od rzekomych zwykle) pomówień, etc. Czyniąc to, każdy
znajdował sto pięćdziesiąt usprawiedliwień czy racjonalizacji takiego
postępowania. Natomiast trochę później, zwykle zaraz po wyjściu na wolność,
a czasem jeszcze w więzieniu, zaczynał tego żałować, dostrzegać prawdziwe
powody, dla których dał się wyciągnąć na zwierzenia - własny strach, głupotę
i naiwność. No i jak to ludzie... Zamiast być surowym w ocenie siebie i
wielkodusznym wobec innych, każdy znalazł sobie kogoś, kto - jego zdaniem -
zachował się w śledztwie jak wyjątkowa szmata, głupek, tchórz... Czyli
jednym słowem, gorzej niż on sam'".
Święte słowa i odnoszą się również do procesu 'Ruchu'. Spośród
kilkudziesięciu oskarżonych zeznań w śledztwie odmówili jedynie Andrzej
Czuma i Jan Kapuściński; wszyscy inni (w tym niżej podpisana) zeznania
składali. Te proporcje między ludźmi, którzy dali się złamać czy ogłupić w
śledztwie, a tymi, którzy zachowali milczenie, zmienią się radykalnie
dopiero w czasach KOR-u (...)".
Jak z cytowanego tekstu wynika, nawet dziennikarka "Gazety Wyborczej", z
którą tak intensywnie współpracuje Stefan Niesiołowski, nie potwierdziła
lansowanych przez niego twierdzeń o swoim wyjątkowym heroizmie i
przypomniała, że on też należał do tych osób, które dały się złamać w
śledztwie i złożyły zeznania. Warto dodać, że sam S. Niesiołowski w swej
książce pt. "Wysoki brzeg", będącej skądinąd bardzo panegiryczną próbą
wybielenia swej przeszłości i upozowania się na herosa w jednym miejscu,
najwyraźniej przez niedopatrzenie, opublikował kilka prawdziwych zdań o swej
dawnej postawie w więzieniu: "Próbowałem coś kręcić, ale to prowadziło
donikąd. Musiałem się decydować - albo zaprzeczyć wszystkiemu i odmówić
zeznań, albo zeznawać wykrętnie. Nie miałem odwagi ani sił odmówić zeznań i
to był błąd największy. Potem nie rozumiałem, dlaczego. Nic mnie właściwie
nie usprawiedliwiało, poza strachem. Pewnie, że byli tacy, co zeznawali
gorzej, ale marna to satysfakcja" (por. S. Niesiołowski, "Wysoki brzeg",
Poznań 1989, s. 113).
Polityczna kariera
Warto tu przypomnieć słowa napisane przez p. Elżbietę w liście do marszałka
Senatu RP Bogdana Borusewicza z 4 grudnia 2006 r. w związku z kolejnymi,
godzącymi w nią przekłamaniami S. Niesiołowskiego: "Wnioskując także rewizję
kwalifikacji moralnych Stefana Niesiołowskiego jako senatora, który zbudował
swój autorytet na kłamstwie - jestem przekonana, że gdyby jego wyborcy oraz
media w 1989 roku znali jego tchórzliwą przeszłość, nigdy nie zostałby
posłem, ani z pewnością senatorem". Jakże wymowny komentarz do całej sprawy
niechlubnego zachowania się rzekomego herosa S. Niesiołowskiego w śledztwie
nt. "Ruchu" zamieściła Elżbieta Nagrodzka w końcowej części swego listu do
naczelnego redaktora tygodnika "Ozon" Grzegorza Górnego, pisząc m.in.: "W
międzyczasie Niesiołowski robił karierę polityka i kreował swój wizerunek
herosa, który nie ugiął się w śledztwie. Jego przyjaciele nie oponowali,
mieszkałam już za granicą (...). Wiem tylko, że przed ostatnimi wyborami
parlamentarnymi i prezydenckimi, kiedy PiS reprezentujący drogie mu niby
wartości narodowo-chrześcijańskie odmówił mu miejsca na swojej liście
wyborczej, zameldował się do jego konkurencji - Platformy Obywatelskiej! I
następnie, wypłacając się PO, zaakceptował rolę pierwszego pałkarza
Platformy, w jednym szeregu z 'Gazetą Wyborczą' i innymi liberalnymi
mediami, TVN, Polsatem, Tok FM czy Radiem Zet. Zaiste, długa droga - od
najemnika do wojownika! (...) Mam nadzieję, że po kolejnych przeprosinach i
opłaceniu kolejnej nawiązki, drogi moje i tego byłego wojownika, a dziś
najemnika, nigdy już się nie spotkają".
Niesiołowski zrobił ogromnie wiele dla zatajenia opisanych powyżej ciemnych
plam ze swojego życiorysu. Przypuszczalnie jednak pamięć o tamtych ponurych
dniach załamania i strachu powraca do niego wciąż w postaci męczących
koszmarów sennych i budzi w nim potrzebę bezustannej agresji jako jedynej
szansy dowartościowania!
Prof. Jerzy Robert Nowak