PRACOWITY WÓDZ PO
  Home FAQ Contact Sign in
pl.soc.polityka only
 
Advanced search
POPULAR GROUPS

more...

 Up
PRACOWITY WÓDZ PO         

Group: pl.soc.polityka · Group Profile
Author: cytryna
Date: Oct 27, 2007 01:33

Donald Kłamliwy

fot. R. Sobkowicz

Prof. Jerzy Robert Nowak
"Czasem mam ochotę powiedzieć prawdę, ale - to zabrzmi dziwnie - w tej mojej
funkcji mówienie prawdy nie jest cnotą. Nie za to biorę pieniądze i nie to
powinienem tam robić". To dość osobliwe oświadczenie Donalda Tuska, jako
wicemarszałka Sejmu, zawarte z jednym w wywiadów ("Przekrój", nr 15 z 2005 r.)
każe ze szczególną ostrożnością potraktować złożoną parę dni temu przez
przywódcę Platformy Obywatelskiej propozycję zaprezentowania się w osobnej
debacie słuchaczom Radia Maryja. Czy można bowiem potraktować poważnie
propozycję kogoś, kto przedtem obrażał założyciela Radia Maryja i jego
słuchaczy, a dotąd nie zdobył się na słowo "przepraszam"? Zapytajmy więc, czy
warto prezentować w katolickiej rozgłośni polityka, który tylko czasem ma
ochotę mówić prawdę, ale na ogół jej nie mówi? Przecież Radiu Maryja patronują
słynne słowa o. dyrektora Tadeusza Rydzyka o potrzebie jednoznaczności,
mówienia zawsze: tak - tak, nie - nie.

Wśród cech, które ułatwiły zaskakujące przyspieszenie kariery politycznej
Donalda Tuska, był totalny brak skrupułów w działaniu dla zdobycia władzy.
Zarówno w czasie kampanii wyborczej w 2005 r., jak i w całym okresie po
wyborach niejednokrotnie okazywał ogromną agresywność i skłonności do
zadawania ciosów poniżej pasa oraz umiejętność misternego intrygowania.
Równocześnie zaś wielokrotnie dowiódł w praktyce, że jest politykiem
nadzwyczaj giętkim w zmianach poglądów, człowiekiem bez właściwości. Potrafi
niespodziewanie kreować się na gorliwego patriotę, gorliwego katolika,
gorliwego obrońcę bezrobotnych, prezentować się jako główna nadzieja młodych
na przyspieszenie awansu cywilizacyjnego Polski. A wszystko to czyni w imieniu
tych samych liberałów, którzy po tylekroć w przeszłości realizowali
najbardziej antynarodowe cele.
Przywódca partii broniącej interesów najbogatszych warstw potrafi gładkimi
słowami ogólnikowych obietnic zaskarbiać sobie życzliwość nawet tak
traktowanych po macoszemu przez jego partię najuboższych środowisk
społecznych. Do perfekcji doprowadził manipulację niektórymi określeniami, np.
stawianiem rzekomego znaku równości pomiędzy liberalizmem i wolnością. Chodzi
tu przecież o liberalizm gospodarczy, który przez tyle lat po 1989 r. działał
na szkodę milionów Polaków, zapewniając swobodę w okradaniu większej części
obywateli przez gromady cwaniaków. Tusk deklarował, że państwo nie powinno
odpowiadać za obywateli i mówił to w czasie, gdy ponad 700 tysięcy polskich
pracowników w poniżeniu czekało na wypłatę zaległych płac od nieuczciwych
przedsiębiorców. Przy całkowitej bierności państwa! I takiej właśnie
wybiórczej wolności tylko dla bogatych miał przeciwdziałać program PiS,
apelując o umocnienie Polski solidarnej wbrew Polsce liberalnej. Tusk
natomiast stawiał na symbiozę interesów nowobogackich z oligarchii
wspierającej PO z interesami ludzi starej postkomunistycznej nomenklatury.

Na bakier z polskością
Donald Tusk peroruje dziś o swojej dumie z Polski i polskości, starannie
przemilczając, jak kiedyś wyszydzał tę polskość jako "nienormalność".
Akcentuje swoją rzekomą żarliwość w obronie interesów narodowych, choć przez
lata tak zawzięcie działał przeciw tym interesom.
Niegdyś polskość, według Donalda Tuska, to była nienormalność i niechciany
temat: "Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-
ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń?
Polskość - to nienormalność - takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną
uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu" ("Znak", nr 11-
12, z 1987 r.). Dziś deklaruje, że Polska jest jakoby jego pasją. Pewno bardzo
chciałby zapomnieć o swym dawniejszym szczerym tekście, zamiast bić się za
niego w piersi i przeprosić Polaków. W dalszej części tamtej wypowiedzi ze
swadą perorował: "Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia,
geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię,
którego nie mam specjalnie ochoty dźwigać... Piękniejsza od Polski jest
ucieczka od Polski, tej ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I
dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w Krainę mitu. Sama jest
mitem". Znany działacz dawnej opozycji solidarnościowej na Dolnym Śląsku,
wiceprezes Stowarzyszenia "Pro Cultura Catholica" Lech Stefan, przytaczając
cytowany wyżej jakże szokujący atak Donalda Tuska na "nienormalną polskość",
pisał: "Co dzisiaj czytamy na billboardach tego kandydata na Urząd
Prezydenta? - Czytamy hasło: 'Bądźmy dumni z Polski'. Nie będę już przypominał
innych nieoczekiwanych zwrotów. Dyskretnie przemilczę, i tak zresztą są
własnością publiczną. Który Tusk jest prawdziwy? Ten z wczorajszych czy ten z
dzisiejszych afiszy? Podejrzewam, że nie jest to z jego strony rozdwojenie
jaźni politycznej, a jedynie nieuczciwa gra wyborcza. Jego poglądy zostały
ukształtowane wcześniej i należy przypuszczać, że to, niestety, pierwsze
wypowiedzi są prawdziwe" (por. L. Stefan, "Dokąd zmierzasz
Polsko?", "Niedziela" z 30 października 2005 r.).
Dodam w tym momencie, że zawsze dziwiłem się postawie Donalda Tuska. Jeśli
kiedyś tak gromko zapewniał, że "polskość to nienormalność", to czego przez
lata szukał na kierowniczych stanowiskach w polskim parlamencie?! Dziś ten sam
Donald Tusk udaje wielkiego patriotę, niewzruszonego rzecznika Polski i
polskości. W książce "Solidarność i duma" (Gdańsk 2005 r.) stwierdza z
patosem: "Polska jest moją pasją" (s. 6), "pamięć - najważniejszy oręż
Polaków" (s. 31). Tyle że odwołując się do "pamięci" o tym, co wypisywał Tusk
aż nadto szczerze przedtem, nie mamy żadnego powodu, by dzisiaj wierzyć w jego
ekstatyczne tyrady o Polsce! Tym bardziej gdy równocześnie atakuje prawdziwych
i konsekwentnych patriotów, na czele z o. Tadeuszem Rydzykiem. Tusk zarzuca o.
Rydzykowi rzekome kierowanie się pragnieniem "kłamstwa i przemocy" w
wewnętrznych sprawach polskich. Twierdzi (op. cit., s. 98), że "Rydzyk toczy
spór z Europą, którą wyobraża sobie na podobieństwo Turczyna, z jakim walczył
Jan Sobieski". W ten sposób Tusk deformuje postawę o. Rydzyka i Radia Maryja w
obronie polskiej tożsamości i polskich interesów narodowych, solidarnie
wspartą chociażby przez naszego niemieckiego przyjaciela Carla Beddermanna.

Pogarda dla polskiego przemysłu
W mojej książce pt. "Zagrożenia dla Polski i polskości" (t. I, s. 121)
pisałem: "Sztucznie wywindowani do góry przez Wałęsę trzeciorzędni politycy z
Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD) wyróżniali się głównie skrajnym
zapatrzeniem na Zachód i lekceważeniem własnych polskich szans rozwojowych.
Tak jak jeden z czołowych przywódców KLD Donald Tusk, który nie ukrywał
absolutnej pogardy dla możliwości polskiego przemysłu, dając do zrozumienia,
że cały nasz przemysł jest jakoby tylko kupą bezwartościowego złomu. W
wystąpieniu na spotkaniu z wyborcami w Starachowicach w sierpniu 1993 roku
Tusk deklarował: 'Mogę stanąć nago na głowie na szczycie Pałacu Kultury i
powtarzać, że prywatyzacja już przyniosła Polsce biliony złotych, że polskie
przedsiębiorstwa są mało albo nic nie warte i dlatego są tanio sprzedawane'
(podkr. - J.R.N.) (por. Z. Nowak, "Tusk nagi", "Gazeta Wyborcza", z 14-15
sierpnia 1993 r.). Można by długo wyliczać przykłady najnowocześniejszych
polskich zakładów, sprzedanych w ręce zachodnich przedsiębiorców za bezcen, po
cenie kilkakrotnie niższej od ich rzeczywistej wartości. Największą i
najnowocześniejszą celulozownię i papiernię w Kwidzynie sprzedano zaledwie za
120 mln dolarów, choć warta była 600 mln dolarów. Dość przypomnieć, jak
pysznił się swym kwidzyńskim zakupem amerykański dyrektor C. Cato Ealy, mówiąc
w wywiadzie dla "Journal of Business Strategy" (marzec - kwiecień
1993): "Wierzymy, że zarobimy bardzo atrakcyjny dochód z tej inwestycji. (...)
Polski rząd wydał prawdopodobnie trzy do czterech razy tyle na zbudowanie tej
fabryki i dzisiaj byłaby ona w zasadzie nie do kupienia nawet za zbliżoną cenę
nigdzie indziej w świecie". Nigdzie indziej w świecie, poza Polską,
dzięki "wielkoduszności" liberałów gospodarczych takich jak Janusz Lewandowski
czy Donald Tusk!
Sam Tusk nigdy się nie wytłumaczył z nagłośnionego choćby w Starachowicach w
1993 r. publicznego dorabiania ideologii dla grabieżczych wyprzedaży,
niszczących majątek Rzeczypospolitej, majątek nas wszystkich!

Od niechęci do Kościoła do późnego "nawrócenia"
Z wypowiedzi Donalda Tuska w ostatnich latach wynika, że w parze z nawróceniem
na "polskość" ma iść również jego nagła niespodziewana afirmacja katolicyzmu,
przejawiająca się w bardzo aktywnym udziale w uroczystościach religijnych, a
nawet ostentacyjnym pokazywaniu się z hierarchami. A jak było dawniej? Jak
pisze R. Kalukin: "Przed laty Tusk otwarcie przyznawał, że nie uczestniczy w
praktykach religijnych, a w ogóle to trudno określić, czy jest osobą wierzącą"
(por. R. Kalukin, "Donald Tusk: kariera brata łaty", "Gazeta Wyborcza" z 15-16
października 2005 r.). Nawet w czasie wyborów do Zrzeszenia Kaszubsko-
Pomorskiego przegrał kiedyś głównie dlatego, że zarzucono mu brak przywiązania
do religii.
Były przywódca prawego skrzydła Kongresu Liberalno-Demokratycznego Lech
Mażewski oskarżał Tuska jako jedną z osób szczególnie odpowiedzialnych
za "swoistą barbaryzację KLD", jego odejście od pierwotnych nawiązań do
tradycji etyki chrześcijańskiej i pojawienie się antyklerykalizmu. Jak pisał
Mażewski w katolickim "Ładzie" z 7 kwietnia 1994 r.: "Pod koniec 1992 r.
czołowi przywódcy (D. Tusk czy J. Lewandowski) zaczęli krążyć po Polsce z
kagankiem oświaty seksualnej, twierdząc, że bez nieograniczonego prawa do
aborcji nie ma prawdziwej demokracji, a jedynie zakamuflowana dyktatura
Kościoła".
Jednocześnie tak niechętny Kościołowi Donald Tusk nie omieszkał w pewnym
momencie pójść w imię doraźnych interesów politycznych na herbatkę do księdza
arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. Dziennikarze "Życia Warszawy" (nr z 26
lipca 1993 r.) ze zdziwieniem pytali: "Co taki integralny liberał jak pan
robił na herbatce u arcybiskupa Gocłowskiego?". Tusk, odpowiadając,
stwierdził, że ks. abp T. Gocłowski "nie obrazi się chyba, jeśli powiem:
Churchill był gotów paktować z diabłem, żeby przekonać Hitlera. Ja pójdę
choćby do arcybiskupa, jeśli miałoby to pomóc w stabilizacji politycznej po
wyborach. Oczywiście ani ja nie jestem Churchillem, ani arcybiskup diabłem".
Wiele osób wątpi, czy rzeczywiście Tusk przeżył ten nagły "przełom religijny"
w związku ze śmiercią Jana Pawła II, a źródeł ewolucji Tuska po wielu latach
odwrócenia od Kościoła szuka głównie w jego manewrach przedwyborczych -
wzięcie ślubu kościelnego po 20 latach małżeństwa zaledwie na miesiąc przed
wyborami! (por. J. Kurski, "Wszystkie błędy Tuska", "Gazeta Wyborcza" z 3
października 2005 r.). Niektórzy zwrócili uwagę na fakt pojawienia się w
reklamach wyborczych wizerunku Donalda Tuska z ks. kard. Dziwiszem, a nawet
przy grobie ks. Tischnera (por. Joanna Tańska, "Przegląd" z 23 października
2005 r.).
Pomimo ostentacyjnego manifestowania swej "nowej" religijności w toku kampanii
przedwyborczej 2005 r. Tuskowi parokrotnie "wyrwały się" nieopatrznie
powiedzenia w jego starym antykościelnym stylu. Podczas posiedzenia Rady
Krajowej PO 16 lipca 2005 r. Tusk powiedział: "Polska nie jest skazana na
wybór między czerwonym a czarnym. Jest Platforma Obywatelska. Stańmy po jasnej
stronie mocy" (cyt. za: P. Siergiejczyk, "Jasna strona mocy?", "Nasza Polska"
z 26 lipca 2005 r.). Miało to oznaczać uwypuklenie roli PO jako siły
sterującej między "czerwonymi" a "czarnymi", czyli między postkomunistami a
Kościołem. Ten styl przeciwstawienia zarówno "czerwonym", jak i "czarnym" był
najlepszym dowodem na to, jak bardzo koniunkturalne było ostentacyjne
manifestowanie w ostatnich latach przez Tuska jego sympatii do Kościoła.

Leniwy "chłoptaś z KLD"
Ciekawe, że nawet były protektor gdańskich liberałów: J.K. Bieleckiego i D.
Tuska - Bronisław Geremek, uważał ich za "chłoptasi, którym gdzieś tam przy
Wałęsie nogi urosły, i że powinni nadal taplać się w gdańskim bajorku, a nie
brać do poważnej polityki". Tak to przynajmniej wspomina w swej książce Jan M.
Rokita (por. "Alfabet Rokity", Kraków 2004). Dziś, gdy media uparcie próbują
kreować mit stanowczego i zapracowanego Tuska, dziwnie zapomina się, że przez
wiele lat uchodził on za typ lenia i sybaryty. Sam zresztą wcale kiedyś nie
ukrywał tego typu skłonności u siebie. W wywiadzie udzielonym w 1991 r.
mówił: "Bardzo cenię sobie luz. (...) Tak w ogóle to lubię poleniuchować, nie
mam manii prześladowczej, że ciągle muszę coś robić. Na przykład lubię leżeć w
łóżku i patrzeć bezmyślnie w sufit" (podkr. - J.R.N.) (cyt. za: R. Kalukin op.
cit.). Jeszcze w styczniu 1997 r. Tusk szczerze wyznał w wywiadzie dla "Głosu
Wybrzeża", pytany, z jakiego powodu najczęściej gryzie go sumienie,
odpowiedział: "Z powodu lenistwa". Mówił to ten sam człowiek, który w jednym z
wywiadów ostro pomstował na polską "próżniaczą klasę polityczną". W tym samym
wywiadzie z Tuskiem dla "Gazety Wyborczej" pytano: "W wywiadzie dla 'Echa
Dnia' tak Pan tłumaczył odejście z Unii [Wolności - J.R.N.]: - 'Nie chciałem
żyć w tym politycznym ciepełku, którego głównym sensem jest pobieranie
wynagrodzenia. Mam niewiele ponad 40 lat i jeszcze chce mi się coś robić'. -
'To dlaczego tak długo tkwił Pan w tym ciepełku i nie chciało się Panu czegoś
zrobić?'".
Ciekawe, że były lider PO Jan M. Rokita zapytywany przez rozmówców (M.
Karnowskiego i P. Zarembę), skąd wywodzi się stereotyp Donalda Tuska
jako "nieco leniwego birbanta", odpowiedział: "Ten stereotyp wywodzi się z
radosnej, nieco ludycznej atmosfery dawnego Kongresu Liberalno-
Demokratycznego. Sam Tusk wzmocnił go cokolwiek nieostrożnymi wywiadami, w
których mówił na przykład o tym, że kupuje drogie garnitury". Rokita tłumaczył
zarzuty leniuchowania, padające pod adresem Donalda Tuska nawet z szeregów
Unii Wolności, m.in. tym, że Tusk jako "dysydent w Unii Wolności został
zahibernowany na całe cztery lata na stanowisku marszałka Senatu [był
wicemarszałkiem] - J.R.N.]. To była funkcja demoralizująca. Marszałek Senatu
nie robi nic. Wicemarszałek Senatu nie robi podwójnie nic" ("Alfabet
Rokity...", op. cit., s. 285).
Niezbyt obfitujący w dokonania był również kolejny występ Donalda Tuska w roli
wicemarszałka, tym razem Sejmu. Jego wystąpienia sejmowe "można było policzyć
na palcach jednej ręki" (wg "Gazety Wyborczej" z 15-16 października 2005 r.).
Do jakiego stopnia "pracuś" Tusk lekceważył swoją funkcję, możemy przekonać
się choćby z tekstu Piotra Jakuckiego w "Naszej Polsce": "(...) Wróćmy do
pewnej sytuacji z sierpnia 2003 r., gdy Tusk był wicemarszałkiem Sejmu. Jak
informował 'Głos Wybrzeża' (8-10 sierpnia 2003 r.) w czasie, gdy posłowie
dyskutowali o sprawach istotnych dla kraju, Tusk - prowadzący obrady -
znudzony, udając, że czuwa nad przebiegiem dyskusji, oglądał na monitorze mecz
Interu Mediolan z VB Stuttgart". Piotr Jakucki tak komentował to zachowanie
Tuska: "Wyobraźmy sobie teraz sytuację, gdy Rosja odcina nam gaz, a Niemcy
wyłączają prąd w przejętych przez nich elektrowniach. Jak reaguje prezydent
Tusk? Mówi: 'Nie przeszkadzajcie, jeszcze dwadzieścia minut do końca meczu'"
(por. P. Jakucki: Wybierzmy Polskę!, "Nasza Polska" z 18 października 2005 r.).
W wywiadzie dla magazynu "Viva" Tusk powiedział m.in.: "Mam zbyt dużą łatwość
pozorowania dobroci. (...) Mam dość naturalną skłonność - może nawet zbyt
perfekcyjnie ją wyszlifowałem - unikania sytuacji, które wiążą się z czymś
przykrym albo z wysiłkiem (...)" (cyt. za: P. Smoleński: Garnitury
marszałka, "Gazeta Wyborcza" z 10 września 2001 r.). Współautor "Krakowskiego
Przedmieścia 27" Tomasz Skory przypomniał rozmówcy z "Wyborczej", iż o Tusku
powiedziano kiedyś, "że to takie polityczne dziecię, kobietę uwiedzie, faceta
rozbroi" (por. tamże).

Zygzaki kariery Tuska
W młodości Donald Tusk związał się z gdańską opozycją i szybko zafascynował
się liberalizmem. W latach 80. pracował w Spółdzielni Pracy Robót, która w
najlepszym dla niej okresie zatrudniała setkę pracowników: działaczy Ruchu
Młodej Polski, liberałów i ludzi z "Solidarności". Jego kolega Mirosław
Rybicki, wówczas członek Ruchu Młodej Polski, opisywał: "Gdy pracowaliśmy w
spółdzielni, piło się sporo. Donald też za kołnierz nie wylewał. Przeciwnie.
Pamiętam, że kiedyś razem się zastanawialiśmy, czy przypadkiem nie
przesadzamy. Myślę, że byliśmy gdzieś na granicy, od której zaczynają się
problemy z alkoholem" (por. I. Ryciak, D. Wilczak, "Te
sprzeczności", "Newsweek" z 30 października 2005 r.).
Na tle opozycyjnych związków Donalda Tuska trochę dziwna była jego współpraca
w przygotowaniu książki "Dzieje Brus i okolicy" (pracy zbiorowej pod redakcją
J. Borzyszkowskiego, Chojnice - Gdańsk 1984). Książka ta zawierała m.in.
liczne deformacje historii Polski po 1944 r. i wyzwiska pod adresem polskiego
podziemia niepodległościowego. Pisano tam, że "W Leśnie wójt Jan Kłopotek-
Główczewski został we wrześniu 1946 r. zamordowany przez bandę reakcyjnego
podziemia" (s. 421).
Spotwarzono tam oddział legendarnego majora "Łupaszki": "Była to bardzo
ruchliwa grupa, nieustannie zmieniająca miejsce pobytu, posługująca się
zrabowanymi samochodami ciężarowymi i stąd trudno uchwytna. W sierpniu i
wrześniu 1946 r. banda obrała jako główny teren swych akcji właśnie gminy
Leśno i Brusy, a ponadto Karsin i Czersk. Organizowała w tym rejonie wiele
zakrojonych napadów na pociągi, autobusy, instytucje państwowe i spółdzielcze,
a także na prywatne mieszkania, głównie osób znanych z przynależności do
partii lewicowych. Członkowie podziemnych grup wysyłali 'upomnienia' do
działaczy (m.in. wójt Główczewski otrzymał na krótko przed swym zgonem trzy
kolejne, pisane na maszynie i zatytułowane 'Głos z lasu' wezwania do wycofania
się z działalności publicznej), a w czasie napadów wygłaszali pod groźbą
pistoletów 'patriotyczne' przemówienia, zapowiadając swój rychły triumf. Mimo
to ludność, znękana terrorystycznymi akcjami, nie udzielała poparcia zbrojnemu
podziemiu. W sprawozdaniu sytuacyjnym z 3 września 1946 r. starosta T.
Rześniowiecki następująco charakteryzował postawę społeczeństwa: 'O ile do
wystąpień AK ludność początkowo podeszła z zainteresowaniem, a sporadycznie z
zadowoleniem, omawiane napady spotykają się dzisiaj ogólnie z oburzeniem.
Ludność przestała wierzyć w to, że bandy są organizacją podziemną, względnie w
to, że oddziały AK względnie partyzanckie działają z pobudek ideowych, toteż
potępia się podobne wystąpienia'. Ocena ta była trafna, o czym świadczyły
natychmiastowe meldunki do władz o zauważonych ruchach oraz akcjach leśnych
oddziałów. Pozwalało to organom bezpieczeństwa skuteczniej zwalczać
podziemie". Donald Tusk opracowywał do takiej właśnie książki skorowidz
nazwisk, musiał więc jako historyk dobrze zdawać sobie sprawę z jej treści.
Jak ocenić tego rodzaju pracę? Czy ktokolwiek uznałby za moralnie dobre
przygotowanie skorowidza do książki szkalującej działaczy "Solidarności"? A
przecież major "Łupaszko" i inni żołnierze oddziałów podziemia
niepodległościowego byli poprzednikami "Solidarności".
Po 1989 r. Tusk zaczął robić błyskawiczną karierę w Kongresie Liberalno-
Demokratycznym, który słynął z instrumentalnego traktowania polityki. Wśród
ludzi z Kongresu mówiono, że "polityka to handel rybami".
W "Gazecie Wyborczej", tak mocno związanej z ludźmi Unii Demokratycznej i Unii
Wolności, dano dość bezwzględny obraz "niebezpiecznych związków" wielu ludzi z
Kongresu Liberalno-Demokratycznego, pisząc: "Parlamentarny klub KLD to były w
zasadzie dwa kluby. Wewnętrzny, może dziesięcioosobowy, i zewnętrzny, o którym
członkowie wewnętrznego - Lewandowski, Bielecki, Tusk - mawiali: 'O Boże, co
nam się przytrafiło'. A przytrafili się np.: poseł - biznesmen karany za
nielegalną działalność gospodarczą i zanieczyszczanie środowiska, senator
umoczony w wiele afer, poseł - przedsiębiorca aresztowany przez UOP za
milionowe przekręty podatkowe. Ulica ochrzciła liberałów 'aferałami'. Ale
dostało się nie tym, co trzeba. Witold Gadomski, ówczesny poseł KLD, wspomina,
jak członkowie klubu wewnętrznego raz po raz załamywali ręce, dowiadując się o
kolejnych wyskokach partyjnych kolegów: 'Pewien poseł chwalił się, że
ukradziono mu samochód, który był w laesingu za kilka ówczesnych miliardów.
Wszyscy wiedzieli, że kradzież była nagrana. Ale nic z tym nie zrobiono, bo
reagując na takie historie, mogliśmy rozwalić cały klub. Lewandowski dodaje,
że członkowstwo w KLD dawało wielu raczkującym biznesmenom poczucie, że
pójdzie im łatwiej w interesach - i to było nieszczęściem partii' (por. P.
Smoleński, "Garnitury marszałka", "Gazeta Wyborcza" z 10 września 2001 r.).
Nieprzypadkowo współkierowany przez Donalda Tuska Kongres Liberalno-
Demokratyczny (KLD) wielu złośliwie nazywało Kongresem Lewych Dochodów.
Pełne zygzaków były zachowania Donalda Tuska i jego kolegów liberałów w latach
1991 i 1992. Początkowo Tusk obiecał, że poprze B. Geremka w jego próbach
tworzenia rządu, ale szybko wycofał się z tej obietnicy, a potem poparł rząd
Jana Olszewskiego... na krótko.
Tusk i jego koledzy z KLD, zrywając z Olszewskim i Kaczyńskim, całkowicie
postawili na prezydenta Lecha Wałęsę. Współtwórca Wolnych Związków Zawodowych
na Wybrzeżu, były sekretarz "Tygodnika Solidarność" w 1981 r. Krzysztof
Wyszkowski tak wspominał ówczesną woltę Tuska: "(...) w 1983 r. byłem
aresztowany razem z Donaldem Tuskiem. Znam to środowisko, nawet pomagałem przy
tworzeniu Kongresu. Na temat konieczności lustracji przegadałem z Tuskiem
wiele nocy. On zawsze zapewniał, że jest za, ale w decydującym momencie
dokonał wolty i służył Wałęsie (...)" (por. Towarzystwo medialne. Rozmowa M.
Rutkowskiej z K. Wyszkowskim, "Nasz Dziennik" z 5 października 2005 r.).
W tym czasie Tusk zaprezentował swoje dość szczególne pojmowanie demokracji,
publicznie występując z wyraźną aprobatą dla niekonstytucyjnych działań, które
obliczone były na umocnienie władzy Wałęsy. 20 marca 1992 r. powiedział w
Radiu Zet: "Być może trzeba będzie wybrać pozakonstytucyjne rozwiązanie, jakim
byłoby utworzenie rządu z prezydentem jako premierem". Już w owych miesiącach
Tusk wykazał prawdziwie wielkie umiejętności w prowadzeniu gierek i intryg
politycznych. Dał im szczególny wyraz w czerwcu 1992 r., odgrywając bardzo
aktywną rolę w zakulisowych przygotowaniach do obalenia rządu J. Olszewskiego,
żywiąc nadzieję, że również postkomunistyczny SLD odpowiednio wesprze te
działania. Pokazał to aż nadto wyraźnie film "Nocna zmiana".
W połowie kadencji parlamentu wybranego jesienią 1991 r. jako lider KLD Tusk
doprowadził do zjednoczenia z klubem Polskiej Partii Przyjaciół Piwa,
przynajmniej w części utworzonej przez różnych szemranych biznesmenów. W nowym
klubie Polskiego Programu Liberalnego obok Tuska, Bieleckiego czy
Lewandowskiego zasiedli m.in. były milicjant Jerzy Dziewulski (później
przeszedł do SLD) czy Leszek Bubel (por. P. Siergiejczyk, "Pamiętacie
aferałów", "Nasza Polska" z 18 października 2005 r.). Przypomnijmy tu, że były
kolega klubowy Tuska, Leszek Bubel, od wielu lat odgrywa z powodzeniem rolę
niebezpiecznego prowokatora w kręgach narodowych. Autor "Naszej Polski"
przypomniał, że "w klubie Polskiego Programu Liberalnego (...) znalazło się aż
5 posłów, którzy figurowali na tzw. liście Macierewicza jako współpracownicy
SB: Michał Boni, Tomasz Holc, Władysław Reichelt, Herbert Szafraniec i Jan
Zylber (Holc i Zylber weszli do Sejmu z list PPPP, pozostali z KLD)". W tym
kontekście jak gorzka ironia brzmiały słowa Tuska, który przed kolejnymi
wyborami przekonywał, że warto głosować na jego partię, "by procent normalnych
i przyzwoitych posłów w Sejmie był jak najwyższy".
W wyborach parlamentarnych jesienią 1993 r. Tusk i inni przywódcy KLD przez
zadufanie odrzucili projekt pójścia do wyborów w koalicji z Unią
Demokratyczną, i KLD uzyskało tylko 3,99 proc. głosów, nie przekraczając progu
wyborczego. Spokorniały po klęsce wyborczej Tusk i inni liderzy KLD dali się
przygarnąć przez Unię Demokratyczną, jednocząc się z nią w 1994 roku. Tusk
mianowany początkowo wiceszefem nowej zjednoczonej partii stopniowo zaczął się
czuć w niej marginalizowany. Wybór na wicemarszałka Senatu, stanowisko
bardziej prestiżowe niż faktycznie znaczące, nie zaspokajał w pełni jego
ambicji. Pomimo tego jeszcze w listopadzie 2001 r. z werwą zapewniał: "Jedyną
siłą, która zdolna jest przeciwstawić się SLD, jest dziś Unia Wolności" (por.
Prawdziwy wybór. Rozmowa B. Mazura z D. Tuskiem, "Wprost" z 19 listopada 2000
r.). W grudniu 2000 r. na kongresie UW doszło do dramatycznych wydarzeń, które
przesądziły o wyjściu Tuska i jego przyjaciół politycznych z Unii i stworzenia
Platformy Obywatelskiej. Po zwycięstwie B. Geremka w rywalizacji z D. Tuskiem
o fotel przewodniczącego partii doszło do wyeliminowania wszystkich stronników
Tuska w wyborach do Rady Krajowej UW. To przesądziło sprawę. W styczniu 2001
r. Tusk z większością liberałów odeszli z UW i utworzyli Platformę
Obywatelską.

--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl
2 Comments
diggit! del.icio.us! reddit!

RELATED THREADS
SubjectArticles qty Group
Re: Chowany na wodza...[czyli rzecz o RG w Dz ;)soc.culture.polish ·
Ksiądz pobił parafianina? - sprawa w sądzie.pl.soc.polityka ·
Re: [Kwidzyn - Grudziądz] Stan t orów nie pozwala jeździć pociągompl.misc.kolej ·
czy SN61 jeædz± gdzie¶ w Polsce?pl.misc.kolej ·
Re: Warszawa - GrudziÄ…dz w 3h 54 minpl.misc.kolej ·