Niedawne rewelacje Jana Rokity o alkoholizmie wśród polskich parlamentarzystów
wydają się potwierdzać. "Choroba filipińska" zbiera krwawe żniwo. Straszliwy jej
atak miał w Radiu Maryja poseł Gosiewski.
Rokita, zatrudniony ostatnio w dzienniku "Dziennik" na stanowisku najdroższego
polskiego publicysty, z pensją 50 tys. złotych miesięcznie (o ile wierzyć
brukowcom), opowiadał niedawno w TVN24, że posłowie w Sejmie tylko się szwendają
i piją wódkę. Podobno taka jest specyfika tej pracy! Bycie posłem sprzyja piciu.
Gdyż w Sejmie, jak wyznał Rokita, jest jak w polskim kinie okiem inżyniera
Mamonia. Nuda jest, proszę pana. Nic się nie dzieje.
Podczas wielogodzinnych przerw w obradach posłowie z nudów piją wódkę i
szwendają się między restauracją a klozetem. Tylko ważniejsi posłowie mają
biurka i fotele. I to są prawdziwi parlamentarzyści. Reszta, podczas
wielogodzinnych przerw w obradach, włóczy się po sejmowych korytarzach i pije
wódkę.
Gosiewski: nowa ofiara "choroby filipińskiej"!
Rokita, wiadomo. Obrał sobie Nelli za żonę i chodzi po Krakowie w czarnym
kapeluszu, więc któżby go brał poważnie. Tym bardziej, że według najnowszych
doniesień medialnych dzięki hojności "Dziennika" Rokita i Rokicina przestali
wreszcie "żyć bardzo skromnie", kupili sobie wypasione komórki, a nawet jakiegoś
brum-bruma, za kierownicą którego widziano Jana Marię, jak ją ściskał kurczowo,
aż mu kostki zbielały. Ale wkrótce potem wybuchła afera z nocnym telefonem do
Gosiewskiego.
Do Przemysława Edgara zadzwoniło ciemną nocą Radio Maryja, żeby mu Edgar coś
skomentował. Edgar komentować komentował, ale dziwnie jakoś. Do tego stopnia, że
pytał go o to dziennik "Dziennik". Ów wywiad, swoją drogą, też jest fajny.
Prawie tak fajny, jak ten dla Rydzyka. Jest to przykład tzw. rozmowy kołowej.
ANNA WOJCIECHOWSKA: Co się stało, że odpowiadał pan tak niewyraźnie na pytania
na antenie Radia Maryja?
PRZEMYSŁAW GOSIEWSKI: Pierwsze słyszę, że mówiłem jakoś niewyraźnie czy coś
takiego.
AW: A jednak. Każdy, kto słuchał, potwierdza, że coś było nie tak. Urywał pan
zdania, niektórych pana słów w ogóle nie można zrozumieć. Co się stało?
PG: Udzieliłem normalnego wywiadu. Mogę tylko tyle stwierdzić.
AW: Ale dlaczego tak dziwnie pan mówił?
PG: Nie wiem, czy mówiłem wyraźnie, czy nie. Udzieliłem wywiadu, tak jak
udzielam tysiące innych.
AW: No właśnie nie. Tym razem coś nie tak było z pana mową.
PG: Ale ja nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Udzieliłem wczoraj z
pięć czy sześć wywiadów i chyba też dla Radia Maryja. Zresztą przeszkadzano mi,
bo byłem akurat z żoną, która strasznie tego nie lubi.
AW: Mówił pan niewyraźnie, bo się pan bał żony?
PG: Nie. Uważam, że udzieliłem normalnego wywiadu.
Otóż wirus "choroby filipińskiej", z którego charkowską mutacją borykał się
swego czasu Aleksander Kwaśniewski, zresztą nie tylko z charkowską się borykał,
zaburza motorykę, orientację przestrzenną oraz zdolności komunikacyjne:
osobliwie działanie ośrodków mowy.
http://www.pardon.pl/artykul/6285/polscy_politycy_to_moczymordy
Mianowicie mowa staje się bełkotliwa i niewyraźna. Za to chory nabiera wielkiej
odwagi i poczucia misji dziejowej, wskutek czego, jak Przemysław Gosiewski,
odbiera telefony z Radia Maryja. I stwarza na jego antenie wrażenie, że - mówiąc
językiem niemedycznym - jest napruty jak worek i co rusz zapomina dokończyć
zdania.
Hotel sejmowy jak internat, posłowie - jak studenci
Posłowie piją, bo mieszkają w sejmowym hotelu. To są warunki, które służą
takim wspólnym, wieczornym spotkaniom. To niepoważne i takie... internackie.
Tak to tłumaczy Sławomir Nitras z PO. Który Przemysława Gosiewskiego trochę nie
rozumie. Ani jego przemożnej chęci komentowania sytuacji politycznej nawet przy
niepewnym, meandrującym umyśle. Ani dziwacznych tłumaczeń, że bełkotliwego głosu
poseł Gosiewski dostaje w obecności posłowej Gosiewskiej, która nie lubi nocnych
telefonów. Nawet z Radia Maryja.
Duet Starybrat/Budnik postawił w Radiu Zet konkurencyjną hipotezę odnośnie
utraty przez posła Gosiewskiego panowania nad aparatem mowy. Powody miały być...
seksualne, nie konsumpcyjne. Tyle że duet wskutek swej hipotezy może się
przekształcić z prezenterów Radia Zet w BYŁYCH prezenterów Radia Zet. Nauka stąd
taka: nie łączyć w jednym zdaniu elementów "Gosiewski", "seks", "Radio Maryja" i
"Dzień Dobry Bardzo".
A hotel sejmowy to istotnie miejsce newralgiczne. Co rusz ktoś się tam dobija do
drzwi co ładniejszych posłanek. Albo jest libacja. Najsłynniejsza, sprzed
półtora roku, znów miała Gosiewskiego w tytule. Choć w niej nie uczestniczył. To
wierni koledzy posłowie świętowali jego nominację na wicepremiera. Chóralnymi
śpiewami, które spać nie dawały.
Osobliwego smaczku przyczyniał repertuar. Składały się nań głównie pieśni
kościelne, w których słowo "Jezus" zastąpiono słowem "Gosiewski". I jakimś cudem
wciąż dało się to śpiewać. Ale, co wiadomo nie od dziś, Polak w strategicznym
sojuszu z Okowitą pokona każdą przeszkodę.
Słowem, posłowie zachowują się nawet nie jak studenci w akademiku, ale jak
PRL-owscy zaopatrzeniowcy na delegacji. Transmisje z Sejmu warto by zastąpić
transmisjami z hotelu sejmowego. Całodobowymi. Nikłe obecnie zainteresowanie
polskim parlamentaryzmem znacznie by w społeczeństwie wzrosło.
Okuliści z PiS: "Oczy wilcze" kontra "oczy matowe"
Inną odsłonę alkoholowych perturbacji zapewnił poseł Karol Karski z PiS. A
raczej jego spostrzegawczość, o której opowiadał serwisowi Politbiuro. Otóż o
ile słynne "wilcze oczy" premiera Tuska, o zauważenie których wciąż apeluje do
nas prezes Kaczyński, są już standardem, o tyle nowy wariant okulistycznych
obsesji PiS to "matowe oczy" Radka Sikorskiego.
Ten zmatowiony wzrok może także wynikać z czegoś innego. Oglądałem wystąpienie
Sikorskiego na konferencji w Avignon i byłem zaniepokojony, ale może to wynikało
z wysokiej temperatury w tym momencie. Zadzwoniła wtedy do mnie dziennikarka
jednego z największych dzienników w Polsce i się pytała, czy widzę to samo co
ona. Powiedziałem, że widzę, ale nie chcę tego komentować i niech to pozostanie
sferą bacznej obserwacji. Od tej pory bacznie się przyglądam panu ministrowi i
myślę, że powinniśmy się bacznie mu wszyscy przyglądać.
Jak widzimy, kabaretowość polskiej polityki wspina się na wciąż nowe wyżyny.
Teraz Sikorski będzie się musiał zmagać z przyglądającym mu się Karskim. A na
karku ma już własnego rzecznika Piotra Paszkowskiego - który zasłynął niedawno
pewną szczególną wypowiedzią na temat swego szefa:
Parę razy widziałem, jak się przebiera. Oczywiście nie podglądałem, ale w oczy
się samo rzucało, że ciało ma, jak trzeba.
I cóż tu można powiedzieć? O rany.
Minister Drzewiecki jest dziś "zmęczony"
We wspomnieniach kombatanckich Marka Hłaski z życia nocnego Warszawy lat 50.
czytamy, że w jedym z modnych lokali był niezwykle uprzejmy, choć wielki jak dom
portier, który awanturującym się po pijanemu gościom mówił łagodnie a
stereotypowo "Pan redaktor jest już zmęczony". Poczem wyrzucał ich bez litości
na ulicę.
Pod koniec sierpnia minister sportu wystąpił w programie "Kwadrans po ósmej":
ósmej rano, dla ścisłości, jakiś taki wczorajszy. Blogerzy zauważyli, że pan
minister miał zaczerwienioną twarz i nieco bezsensowne oraz lekko bełkotliwe
wypowiedzi. Poza tym ze wszystkim się zaprzyjaźniał jak pijany radny miejski,
nawet z Elżbietą Jakubiak z wrażej w końcu opcji, ale ponoć uciekła. Poza tym
wesolutki był jak szczypiorek. A jednak, ponieważ Drzewiecki nie jest dla
dziennikarzy tak ładnym i okrągłym celem jak Przemysław Gosiewski, jakoś mu się
upiekło. W mediach, jak u pana Orwella, są równi - i nierówni.
Kwaśniewska choroba filipińska, w trzech odsłonach
Janusz Palikot, swoją drogą wielki wytwórca spirytualiów, sugerował ich
nadużywanie obecnemu prezydentowi. To prawda - Lech Kaczyński zachowuje się
dziwnie. Ale jest to u niego stan stały, nie napadowy. Sugerowanie, że jest
podpity notorycznie, byłoby nacechowane brakiem realizmu. Zajmijmy sie tedy
lepiej prezydentem POPRZEDNIM. Ten dziwnego zachowania dostawał właśnie w
postaci napadów.
Było ich tylko trzy - ale za to jakie. Najpierw ten słynny Charków - gdzie
Kwaśniewski podobno upił się jak nieboskie stworzenie jeszcze w samolocie, w
dodatku... z biskupami pod wodzą Sławoja Leszka Głódzia, wskutek czego chwiał
się nad grobami katyńskimi, próbował wsiąść do samochodu via bagażnik i ogólnie,
jak orzeczono, profanował. My tu śmichy-chichy, ale wstyd - co tu dużo gadać! -
był okropny. Zdarzyło się to w roku 1999, jednak Aleksander Kwaśniewski
bynajmniej z wiekiem nie zmądrzał.
We wrześniu ubiegłego roku Kwaśniewski miał wykład dla studentów w Kijowie - a
raczej próbował mieć, bo znów dostał nawrotu filipińskiego wirusa, choć jeszcze
go wtedy nie znano. Mianowicie chwiał się i miał niejakie kłopoty z aparatem
mowy. Ale komentował to nad wyraz hardo.
Może wypiłem kieliszek wina, może dziesięć. Nikogo to nie powinno obchodzić.
Mam prawo robić co chcę, jestem wolnym człowiekiem. To byli moi przyjaciele.
Poniekąd prawda: prezydentem już wówczas nie był. Ale ośmieszanie się pozostaje
ośmieszaniem. Jednak, jak się okazało, dwie wpadki nie wystarczyły. W
październiku 2007 roku Kwaśniewski znów wyprawiał cuda - tym razem na konwencji
LiD w Szczecinie. Wzywał Ludwika Dorna i psa Sabę, by nie szli tą drogą. Zdaniem
obecnych, wionęło od niego niczym z gorzelni.
Potem tłumaczył się cokolwiek pokrętnie, że na Filipinach nabawił się jakiejś
choroby - i bierze mocne lekarstwa. Olejniczak, który stracił wtedy władzę w
partii, twierdził że Kwaśniewskiego złośliwie upił... Napieralski. By jemu,
Olejniczakowi, zaszkodzić. Można odnieść wrażenie, że ten Kwaśniewski to jak
dziecko we mgle. Co rusz go ktoś upija.
W każdym razie, wtedy właśnie narodziła się słynna "choroba filipińska", której
ostatnią ofiarą jest Przemysław Edgar Gosiewski. I jak to dobrze. Bowiem, gdyby
jej nie było, musielibyśmy opowiadać o naszych wybrańcach politykach różne
straszne rzeczy. Na przykład, że okropne z nich moczymordy.
Magda Hartman
boukun