# Aleksander Wolszczan, jeden z najsłynniejszych polskich naukowców, w
latach 70. i 80. był zarejestrowany jako tajny współpracownik
kontrwywiadu PRL - wynika z dokumentów IPN. Wybitny astronom podpisał
zobowiązanie, przyjął pseudonim Lange. Wczoraj ujawniła to "Gazeta Polska".
Formalnie wszystko się zgadza, aby obwieścić, że najwybitniejszy obecnie
żyjący polski naukowiec był tajnym współpracownikiem komunistycznej
bezpieki. Wykładnia Sądu Najwyższego za tajnego współpracownika SB
uznaje osobę, która wyraziła zgodę na współpracę z bezpieką, świadomie
ją podjęła i w ramach tej współpracy przekazywała SB informacje "uznane
za przydatne".
Przejrzeliśmy akta SB dotyczące profesora Wolszczana, które znajdują się
w bydgoskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej. Zachowały się one w
całości, liczą kilkaset stron. Są odręczne raporty podpisane pseudonimem
"Lange", ale też zobowiązanie do współpracy, hasło wywoławcze oraz
pokwitowania odbioru pieniędzy i upominków. Z akt wynika również, że
profesor Wolszczan, wówczas młody i zdolny astronom, z oficerami SB
spotykał się aż czterdzieści osiem razy.
Faktów tych nie kwestionuje również sam astronom. Rozmawialiśmy z nim.
Jaki był charakter tej współpracy? Spotkaliśmy się z naukowcami, którzy
w latach 70. blisko współpracowali z Aleksandrem Wolszczanem.
Informacje, które znajdują się w teczkach SB, weryfikowaliśmy też w
innych źródłach, także rozmawiając z byłymi oficerami SB. Z naszych
ustaleń wynika, że Wolszczan bezpiece przekazywał właściwie
bezwartościowe informacje.
PoczÄ…tek
Jest jesień 1972 r. Toruń przygotowuje się do wydarzenia bez precedensu
w historii tego powiatowego wówczas miasta. Za kilka miesięcy rozpoczną
się obchody 500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika. Toruń - obok Krakowa i
Warszawy - jest najważniejszym miejscem, w którym odbędą się
uroczystości. Do miasta mają przyjechać najbardziej znani astronomowie
świata i setki zagranicznych gości.
Do jubileuszu komunistyczne władze przygotowują się niezwykle
pieczołowicie. Toruń jest cały w remoncie, skalę inwestycji można
porównać jedynie z obecnymi przygotowaniami do organizacji piłkarskich
mistrzostw Europy. Nowe oblicze - dzięki deptakowi wyłożonemu piaskowcem
- zyskuje gotycka Starówka, a na przedmieściach powstaje niezwykle
nowoczesny, jak na tamte czasy, kampus dydaktyczny Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika. W oddalonych o 10 kilometrów od Torunia Piwnicach zbudowano
też nowoczesne obserwatorium astronomiczne.
Do uroczystości przygotowuje się też Służba Bezpieczeństwa. Do jej zadań
należy "zabezpieczenie obchodów". "Tajniacy odwiedzają restauracje,
gdzie mają być podejmowani goście obchodów" - pisał w 2004 r. o klimacie
tamtych dni "Głos Uczelni", pismo UMK. Obserwują, kto po kieliszku
wsiada do auta. A następnie donoszą drogówce, która ich łapie.
Równolegle SB rozpracowuje, dotąd hermetyczne, środowisko toruńskich
astronomów.
Tak zaczyna siÄ™ nieznana do tej pory historia profesora Wolszczana
Meldunek o Aleksandrze Wolszczanie do SB trafia jesieniÄ… 1972 r. Autorem
jest kontakt operacyjny "Sabina". Donos mówi o niespełna
trzydziestoletnim, ambitnym astronomie, który ma się wybrać na roczne
stypendium do Instytutu Maksa Plancka w Bonn. To wówczas jeden z
najlepszych takich ośrodków badawczych na świecie. Jego możliwości, w
stosunku do tego, czym dysponowali naukowcy w Toruniu, trudno nawet
porównać.
SB nie przechodzi obojętnie wobec informacji od "Sabiny", tym bardziej
że potwierdza ją inny agent ulokowany wśród toruńskich astronomów o
pseudonimie "Orion". Bezpieka w rękach ma nadzwyczaj mocny argument - w
PRL to resort spraw wewnętrznych decyduje komu dać, a komu odmówić
wydania paszportu. Pod koniec listopada 1972 r. kapitan Zieliński
decyduje się wpisać Aleksandra Wolszczana na listę kandydatów na tajnego
współpracownika. Jest dosyć zdeterminowany, bo wysyła nawet pismo do SB
w Szczecinie, skąd Wolszczan przybył do Torunia. Prosi o informacje o
Wolszczanie i jego rodzinie oraz o ewentualne "materiały obciążające".
Na początku lutego sprawa jest już załatwiona, kapitan Władysław
Dudziński spotyka się z Wolszczanem w lokalu konspiracyjnym Bajka -
najprawdopodobniej jest to pokój toruńskiego hotelu Polonia
wykorzystywany przez bezpiekÄ™ (potem tajne spotkania odbywajÄ… siÄ™
głównie w konspiracyjnym lokalu przy ulicy Mickiewicza, jednej z
głównych ulic Torunia). Rozmowa trwa trzy godziny. Esbek wychodzi z
podpisanym zobowiązaniem do współpracy.
Jak wspomina to Aleksander Wolszczan. "Nie przypominam sobie, aby sprawa
mojego wyjazdu była wtedy poruszana. Nie było żadnego nacisku, szantażu
czy gróźb. Dla mnie tamta decyzja była warta tyle samo, co rutynowe
podpisywanie zobowiązań do wierności PRL-owi przed wyjazdami za granicę.
Typowa dwuwarstwowość życia w tamtych czasach: podpisywało się jedno, a
robiło drugie" - mówi teraz profesor.
Astronom przyjmuje pseudonim "Lange" i spisuje swój pierwszy raport.
Informacja dotyczy jego wyjazdu na stypendium do Niemiec. Dwa dni
później wieloletni szef toruńskiej SB płk Zygmunt Grochowski wnioskuje
do komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy o zgodę na założenie astronomowi
teczki.
Dudziński - który w resorcie pracę zaczynał jeszcze w czasach
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - zanotuje potem, że "Lange" na
współpracę zgodził się dobrowolnie. Wpisuje w akta, że winien być on
"przeszkolony kontrwywiadowczo". Ustala nawet hasło wywoławcze, gdyby
Wolszczan chciał się z nim prędko skontaktować. Miał przez telefon
powiedzieć: Szacunek, mówi Alek. Przywiozłem ci uszczelki, wpadnij do
mnie o godzinie... (miejscem spotkania miał być nieistniejący już
dworzec kolejowy Toruń Północ).
W IPN znajduje się kilkadziesiąt meldunków ręcznie napisanych przez
Wolszczana:
- czerwiec 1974: "Lange" informuje, że był na stypendium w Bonn w
Instytucie Maksa Plancka, pisze, ilu naukowców tam pracuje, kto jest
szefem ośrodka radioastronomicznego i że napisał dwie prace naukowe.
Opowiada o swoich dziwnych kontaktach: spotkał anonimowego Polaka w
filharmonii, który potem podczas innych spotkań namawiał go do
pozostania w RFN, o sekretarce instytutu, która zawiesza głos, gdy pyta
o obecność Rosjan w Polsce.
- październik 1974: "Lange" opowiada o konflikcie wśród toruńskich
astronomów między młodszą, a starszą kadrą. Jeden z profesorów miał
nawet wykorzystywać badania młodszych pracowników naukowych i nie
powoływać się na źródła. Na czele młodych buntowników, do których także
zaliczył się Wolszczan, stał dr Jan Hanasz. - Był taki konflikt, ale nie
chcę już do tego wracać - uśmiecha się obecnie prof. Hanasz.
- luty 1976: "Lange", nie wymieniając żadnych nazwisk, raportuje, że
toruńscy astronomowie negatywnie oceniają plany wpisania do konstytucji
PRL sojuszu z ZSRR, przewodniej roli PZPR i nazwanie Polski krajem
socjalistycznym.
- marzec 1976: "Lange" złożył wizytę Janinie K. w Paryżu, której mąż
pracuje w firmie handlujÄ…cej z PolskÄ….
- czerwiec 1976: "Lange" relacjonuje, że jego brat wyjechał do Szwecji i
nie ma zamiaru wrócić.
- sierpień 1978: "Lange" pisze o wyjeździe toruńskiej delegacji na
konferencję młodych astronomów do Londynu: "nie było nawiązywania
podejrzanych kontaktów".
"Lange" podaje też na przykład listę uczestników konferencji naukowej,
która odbywała się w latach 70. w Toruniu. - To informacje, które
wisiały na tablicy ogłoszeniowej w instytucie - mówi teraz "Dziennikowi"
jeden z astronomów, który pracował w Toruniu w latach 70. Zresztą
musieli o tym wiedzieć sami esbecy, którzy potem odnotowali, że toruńska
komenda od dawna dysponowała tym programem.
- sierpień 1979: "Lange" po wizycie w Bonn pisze, że słyszał, iż prof.
Richard Wielebiński, na zaproszenie którego się pojawił w Niemczech,
zamierza objąć szefostwo katedry radioastronomii na miejscowym
uniwersytecie. SB dowiaduje się też, że UMK wypożyczył z Bonn
"wzmacniacz parametryczny na częstotliwości 10,7 GhZ".
- sierpień 1980: w Polsce sytuacja jest bardzo napięta, trwają już
strajki w Gdańsku, Szczecinie i Gdyni. "Lange" o tym nie wspomina. Z
jego meldunku SB dowiaduje się, że wkrótce wybierze się do Bonn na
konferencję astronomów oraz o perspektywie dłuższego wyjazdu na
stypendium do Niemiec lub USA.
- listopad 1981, w Polsce trwa jeszcze karnawał Solidarności, coraz
bardziej oczywiste staje się jednak, że władza dąży do siłowego
rozwiązania. Przełożonym Wolszczana w centrum astronomicznym jest
wówczas Antoni Stawikowski, szef Zarządu Regionu "Solidarności". Esbek
domaga siÄ™ informacji o nim. Wolszczan wystawia laurkÄ™: Stawikowski jest
zrównoważony, nie daje sobą manipulować. Esbek notuje też, że o
"Solidarności" jego agent mówi niechętnie, bo się zaangażował w ten
ruch, a poza tym nie ufa władzy. Zarówno w tym, jak i we wcześniejszych
jego meldunkach nie ma ani słowa o tym, że Stawikowski przywozi zakazane
w PRL książki z wyjazdów naukowych na Zachód.
Wolszczanm - to mąż zaufania "Solidarności"
"Wolszczan był mężem zaufania "Solidarności" w Instytucie Astronomii.
Organizował spotkania, przekazywał informacje z wyższych struktur. Na
pewno miał sporą wiedzę" - wspomina prof. Jan Hanasz, astronom, a w
latach 80. działacz toruńskiego podziemia. (Hanasz konstruował
nadajniki, które nadawały sygnał "Solidarności" w telewizji i radiu - co
przez pewien czas było zmorą całej SB).
Właściwie tylko jedna informacja przekazana przez współpracownika
"Lange" mogła komuś zaszkodzić. Tuż po wydarzeniach radomskich w lipcu
1976 r. kapitan Dudziński poprosił Wolszczana o spotkanie. Doszło do
niego w aucie astronoma. W aktach nie zachowała się odręcznie
sporzÄ…dzona notatka podpisana kryptonimem "Lange". Jest tylko zapis
rozmowy, którą sporządził oficer SB. Dotyczyła ona innego astronoma,
Felicjana K. "Gdy studiował, był pijakiem. Zmienił stan cywilny i
zmienił postępowanie - notował po spotkaniu z agentem
esbek. Czy
SB wykorzystała tę informację? Raczej nie, esbecy pod tym samym
meldunkiem napisali, że stracili już zainteresowanie Felicjanem K. Ale
informacje o jego kłopotach z alkoholem były prawdziwe. - To był
rzeczywiście wyrywny i niestroniący od alkoholu student. Wiedzieli o tym
wszyscy, nawet żołnierze ze studium wojskowego" - mówi nam jeden z
profesorów UMK, który na przełomie lat 60. i 70. znał się z K.
Esbecy notowali, że tajny współpracownik "Lange" spotkał się z nimi
czterdzieści osiem razy. Dawali mu nagrody i pieniądze - trzy razy po
tysiąc złotych (wówczas była to pensja rozpoczynającego karierę młodego
naukowca) oraz po urodzeniu córki trzy tysiące. Były też prezenty -
wszystko co najlepsze w PRL: szynka konserwowa, koniak, kawa Selekt,
pierniki w czekoladzie oraz papierosy Carmen. Po co Wolszczanowi
pieniądze i Carmeny od SB, skoro całkiem nieźle zarobił podczas
zagranicznych stypendiów, a palił tylko Marlboro i to rzadko? "Może mi
pan nie wierzyć, ale kiedy miałem problem z jakimiś przedmiotami,
szedłem na most drogowy w Toruniu i tam pozbywałem się tego, czego nie
chciałem" - mówi Wolszczan, kiedy pytamy go o pieniądze i upominki.
Jeżeli to prawda, to do tej pory w nurtach Wisły powinna spoczywać
szynka eksportowa Krakus warta 225 ówczesnych złotych i butelka koniaku
Budafok za 200 zł - co skrzętnie wyliczyli esbecy.
Zakończenie współpracy następuje na początku 1982 r., tuż przed jego
kolejnym wyjazdem na stypendium do Bonn. SB przekazuje mu swoje
oczekiwania, ale tych astronom już nigdy nie wypełni. Bo do Polski wróci
dopiero po upadku komunizmu. Całe lata 80. esbecy poszukiwali swojego
agenta, inwigilowali nawet jego najbliższą rodzinę, by ustalić, co się
stało. W końcu po czterech latach, w 1986 r. ustalili, że Wolszczan
przebywa w obserwatorium astronomicznym w Arecibo w Puerto Rico.
Kapitan Dudziński i major Zenon Linka - esbecy prowadzący astronoma
wpisali mu w akta wysokie oceny: "zdyscyplinowany, sumienny, udziela
cennych informacji". "I pewnie jeszcze dopisali źródło perspektywiczne,
cenne do wykorzystania w przyszłości" - mówi oficer kontrwywiadu PRL z
kilkunastoletnim stażem, któremu pokazujemy meldunki "Langego".
"Nazywaliśmy takich agentów "punktami". Choć wartość informacyjna była
żadna, to w statystykach prowadzącego liczyło się na przykład przy
rozdziale premii" - twierdzi b. oficer SB.
Jego zdaniem wartościowi współpracownicy, którzy byli zwerbowani przez
kontrwywiad w terenie, szybko przechodzili pod kuratelÄ™ centrali.
Jaki pożytek miała toruńska SB z agenta "Lange"? Czy dlatego został
zwerbowany, ponieważ w bloku wschodnim panowała doktryna, która
nakazywała służbom krajów satelickich pozyskanie jak największej liczby
agentów wśród naukowców nauk ścisłych. ZSRR liczyło, że w ramach wymiany
naukowej mogą oni w przyszłości np. dostać się tam, gdzie nigdy nie
zostaną wpuszczeni Rosjanie. - Może np. chodziło o uzyskanie dojścia
operacyjnego do interesujących służby bloku wschodniego laboratoriów i
ośrodków naukowych - tłumaczy prof. Andrzej Zybertowicz, ekspert od
tajnych służb. Tylko czy wówczas, mając nadzieję na tak wielki sukces,
Wolszczanem opiekowaliby siÄ™ esbecy z niewielkiego Torunia? Raczej nie.
A może tajny współpracownik "Lange" został zwerbowany, bo tamten system
przewidywał, aby jak najwięcej osób przydatnych i nieprzydatnych łapać w
swoją sieć? Tę tajemnicę trudno dziś rozwikłać. Ostatni prowadzący
Wolszczana mjr Zenon Linka od kilku lat już nie żyje. Odnaleźliśmy więc
pułkownika Zygmunta Grochowskiego, który przez 20 lat kierował bezpieką
w Toruniu. Grochowski doskonale wie, kim jest "Lange" i jaki był z niego
pożytek, zakładał jego teczkę w 1973 r., i podpisywał wniosek o
przeniesienie jej do archiwum w 1988 r. - Nie ma go i już nigdy nie
będzie. Jest chory - wykrzyknęła żona Grochowskiego, zatrzaskując drzwi.
Tomasz Butkiewicz #
Ze strony:
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article239304/Wolszczan_Podpisywalo_sie_jedno_robilo_drugie...