# W procesie rozkładu pożycia małżeńskiego osiąga się taki próg, po
którym już wszystko szkodzi. Kupi człowiek kwiaty partnerowi ; ”maskuje
się !”, zrobi coś dla niego; ”niech nie udaje i tak nie wyrówna swoich
niegodziwości”, wykona czuły gest; ”nie dotykaj mnie, obrzydliwcze!”.
O dolara za mało, o dzień za późno
Można odnieść wrażenie, że prezydent Kaczyński osiągnął ten właśnie próg
dla prawie dwóch trzecich elektoratu. Od czasu do czasu zrobi coś, co
powinno poprawić mu notowania, na przykład pojedzie do Gruzji z grupą
zaprzyjaźnionych liderów i jego apologeci natychmiast zapowiadają
odmianę, ”nową narrację” , lecz powoduje to jedynie niewielki i
krótkotrwały wzrost poparcia. To, że zje z żoną nagłośnioną kolację w
restauracji robi raczej żenujące wrażenie. Jego negatywny elektorat
uważa, że to tylko dla promocji i czeka na kolejne faux pas prezydenta.
Jest to również negatywny elektorat PiS-u, który rozpoznaje prezydenta
jako wykonawcę polityki tego mniejszościowego ugrupowania i swego brata,
Jarosława.
Te same cechy sprawiają, że pozytywny elektorat PiS będzie głosować za
prezydenturą Lecha i partią Jarosława. Ale to mniejszość potencjalnych
wyborców. I jeśli nie zdarzy się coś nieprzewidzianego, Lech Kaczyński
przegra kolejne wybory, wyprzedzając kolejna przegraną PiS. Co za
różnica z Aleksandrem Kwaśniewskim ! W 2005 roku, SLD, partia która go
wyłoniła, poniosła druzgocąca klęskę, a on sam znowu wygrałby w
pierwszej turze kolejne wybory, gdyby nie stała na przeszkodzie
konstytucja, nad którą ciężko się wcześniej napracował. Był nawet
pomysł, aby przedłużyć mu władzę sposób argentyński, wybierając na
prezydenta jego żonę.
Spin doktorzy prezydenta starają się ocieplać jego obraz i oddzielić go
od brata i PiS-u, ale to może pozostać tylko w sferze intencji. Lech
Kaczyński już nie będzie innym człowiekiem na potrzeby swojego
”pijaru”, a Jarosław nie może się wyrzec jego weta dla torpedowania
posunięć rządu.
Ongiś Jarosław Kaczyński potrafił wykazywać elastyczność. Jego
Porozumienie Centrum miało być partią nowoczesną, na wzór amerykański,
rynkową, a nie solidarną. Musiało upłynąć sporo lat zanim wystartował z
partia zupełnie inną, Prawem I Sprawiedliwością.
Teraz już zapóźno na taki manewr. PiS musi dbać o swój elektorat, bo
grozi mu ”prawdziwa prawica”. Nie tylko teoretycznie. Ksiądz-dyrektor
ostrzegł już PiS za pośrednictwem Jerzego Roberta Nowaka, który już
stworzył zalążek nowego ugrupowani. Prezes Kaczyński robi wszystko, aby
pozostać partia swojego mniejszościowego elektoratu. Skutecznie. Gadanie
o otwarciu się na inteligencje, na młodzież, jest śmieszne w wykonaniu
tej partii, pozbawiającej się, lub marginalizującej w miarę ciekawe
osobowości, pielęgnującej fobie swych zwolenników.
Zajmuje więc ona trwałą i pewną, chociaż nie dominującą, ale niszową,
pozycję na scenie politycznej. A zwycięzcy wyborów 2007 roku mają
zdecydowaną przewagę, ale łatwiej mogą być poddani zmiennej grze sił.
Chłop śpi, a mu rośnie
Opozycja twierdzi, że rząd nic nie robi poza autopromocją. Rząd
twierdzi, że niewiele może, w obliczu weta prezydenta, mając kapryśnego
koalicjanta i nie mogąc liczyć na poparcie lewicy, ale jak na te
ciężkie warunki, uważa że robi dużo. Ale tak czy inaczej nie wykonuje
swego programu, a więc mu spada choć opozycji od tego nie rośnie.
Natomiast Platforma i sam Tusk nadal notują się bardzo wysoko. Dziwne,
lecz jakoś można próbować to wyjaśnić.
Przyczyn może być więcej niż jedna. Niewykluczone, że głównym
czynnikiem generującym poparcie dla Tuska i PO jest świadomość, iż
jedyną realna alternatywą jest powrót ”IV RP” PiS-u i braci Kaczyńskich.
Jedna kadencja to zbyt krotko, by przeciwnicy tej formacji zmienili swe
stanowisko. A Kaczyńscy nie pozwalają zapomnieć o tych swoich cechach,
które zniechęciły większość wyborców rok temu. Trzeba chyba też brać
pod uwagę i to, że większość głosujących na PO niekoniecznie przebiera
nogami w oczekiwaniu reform.
Napewno nie chcą już żadnej radykalnej odnowy, kolejnej transformacji
ekonomicznej, destabilizacji społecznej. Owszem, chętnie by usunęli to
co przeszkadza w życiu i pracy, ale bez wstrząsów i napięć na modę PiS,
bo nabrali wprawy w radzeniu sobie z rzeczywistością, taka jaka ona
jest. Z jej biurokracją i zalewem niespójnego prawa, z marną służbą
zdrowia, ciągle reformowaną oświatą, z paskudnymi drogami, z udziałem w
wojnach, jak nie w Iraku to w Afganistanie, bo to mało kogo dotyczy
osobiście i nie wpływa na życie w kraju. Ci ludzie, zajęci swoimi
sprawami, w większości zadowoleni z życia, nie potrzebują
charyzmatycznych przywódców, górnolotnych apeli i zapowiedzi.
Platformie może jednakże grozić, że część jej wyborców, rozczarowana
również do niej, po prostu nie pójdzie do urn. Bo ciągle jeszcze wielu,
skądinąd inteligentnych ludzi, nie bierze pod uwagę tego, że wybory nie
są po to, aby oni mogli wyrazić swoja postawę, lecz żeby wybrać władzę,
niezależnie od stopnia frekwencji. I sabotując wybory sprzyjają tym,
którzy się im najmniej podobają.
Nie można też wykluczyć, że do sporej części wyborców Platformy dotarło
zrozumienie, że jest ona ograniczona w swych możliwościach. I ta część
elektoratu, wiedząc że niewiele da się tu zmienić, chce spokojnie
przeczekać prezydenturę Kaczyńskiego i liczy na większą większość po
wyborach parlamentarnych.
Klasa polityczna nie ma tej cierpliwości i dlatego pogania Tuska.
Niezależnie od zrozumienia potrzeby zmian, potrzebuje ona aby się stale
coś działo. A że dzieje się mało, rozdmuchiwane są wszelkie duperele.
Sam się czuję częścią tej klasy i też mną trzęsie gdy widzę, jak
oddala się podatek liniowy, rozpływa reforma finansów publicznych,
systemu emerytalnego, służby zdrowia.
Ta klasa jest opiniotwórcza i jej zniecierpliwienie w jakimś stopniu
przenosi się na szersza publikę. I aby odpowiedzieć na jej
zapotrzebowanie, rząd może sypnąć projektami ustaw, które albo przejdą i
zrobią mu plusy dodatnie, albo je prezydent odrzuci, stając się
hamulcowym. Nieźle pomyślane, jeśli tak będzie. #
Ze strony:
http://obserwator.salon24.pl/93521,index.html