Rozmowa z prof. Adamem Gierkiem, synem byłego I sekretarza KC PZPR
Edwarda Gierka
Jak prywatnie żyło się synowi najważniejszego prominenta Polskiej
Rzeczpospolitej Ludowej lat siedemdziesiÄ…tych?
Nic nadzwyczajnego. Proste życie, pozbawione jakichś wyszukanych
rozwiązań. Praca na uczelni od 8 do 17. Wyjazdy do zakładów pracy, gdzie się
prowadziło badania, wdrożenia. Międzynarodowe konferencje na Wschodzi i
Zachodzie. Nie miałem nawet czasu na życie rodzinne.
Żadnych przywilejów, sklepów za żółtymi frankami, rządowego samochodu?
Rządowym samochodem, przyznaję, jeździłem. Mieliśmy wtedy korzystny układ
z Francuzami i były do dyspozycji takie większe peugeoty. Czasami wypożyczałem
taki samochód. Trzeba tylko było benzynę kupić. Nie nadużywałem tego, nie
jeździłem na panienki, na bibki, to nie w moim stylu. Jeździłem do zakładów,
gdzie wdrażałem jakieś technologie. Były na to pieniądze. Teraz w firmach nie
liczy się innowacyjność, postęp, tylko stołki. Opracowałem z jednym z profesorów
AGH technologię odzysku miedzi z żużlu, która mogłaby zainteresować KGHM. Dzięki
niej można by wyprodukować 1000-1500 ton więcej miedzi, ale pies z kulawą nogą
siÄ™ tym nie interesuje.
Ma pan sentyment do PRL-u.
Mam i uważam, że historia PRL ze swoimi dobrymi i złymi stronami musi być
obiektywnie przedstawiana. Kiedyś mój syn przyszedł ze szkoły i pyta: "Jak to
jest, tata, bo pani tłumaczyła, że Gierek wprawdzie otworzył kraj na Zachód,
ludzie mu wierzyli, ale bardzo zadłużył państwo". Przecież to absolutna
nieprawda. Myśmy te kredyty brali z odsetkami niższymi od inflacji. W latach 70.
zbudowano za nie 500 nowoczesnych, dużych zakładów, a 200-300 zmodernizowano. Te
zakłady po sprzedaniu nawet za podłe ceny i tak dwukrotnie na ten dług zarobiły.
Powstały też 2 miliony mieszkań i drogi.
W tym słynna "gierkówka" między Warszawą a Katowicami, o której do dziś
mówi się, że powstała specjalnie dla pańskiego ojca.
Nasi zawsze dorobiÄ… jakÄ…Å› legendÄ™, ale to nawet sympatyczne. Warszawa i
Śląsk to były dwa ważne ośrodki - Warszawa administracyjny, Śląsk przemysłowy,
musiały mieć szybkie połączenie.
Jak się patrzy na pańskie oświadczenie majątkowe, to wielkich pieniędzy
pan nie ma. A przecież całkiem niedawno, w październiku ubiegłego roku,
"SuperExpress" opublikował sensacyjny materiał o tym, jak pański ojciec okradał
państwo, i jak mu w 1982 roku w sądowym procesie wszystko, co wziął, odebrano.
Wyssane z palca. Nie było żadnego procesu. Cały majątek ojca to dom w
Ustroniu. Mieliśmy kiedyś dom, który zabrała kopalnia w Sosnowcu. Rodzina
zbudowała go, kiedy ojciec pracował w Belgii i przysyłał babci pieniądze. Potem
kopalnia "Jadwiga" się rozbudowała i ten dom znalazł się na jej terenie. Babcia
dostała za to niewielkie odszkodowanie. Trochę dołożyliśmy i zdecydowaliśmy się
na inwestycję w Ustroniu. W zeszłym roku ten dom remontowałem, bo już był w
rozsypce. Moja 88-letnia tam dziÅ› mieszka. Ten dom razem z ziemiÄ… jest wart
jakieś 300-400 tys. zł. Ojciec go budował od 1968 do 1972 roku. Chciałem nawet
tego dziennikarza z "SuperExpressu" podać do sądu, ale mi odradzono.
Dom w Ustroniu nie po raz pierwszy wzbudza emocje. Podobno w latach 80.
przyjeżdżały tam autobusami wycieczki, które wdzierały się na posesję, chcąc
zobaczyć byłego I sekretarz KC PZPR.
Faktycznie, w stanie wojennym podjeżdżały tam autobusy, "a teraz wam,
prawda, pokażemy willę Gierka", ludzie przez płot przeskakiwali i wyrywali
krzaki. To celowa robota była. Nas tam jednak nie było. W stanie wojennym
mieszkaliśmy w Katowicach. Wróciliśmy do Ustronia, gdy sytuacja si uspokoiła.
Nikt się już wówczas nie dobijał, a miejscowa ludność była dumna, że ojciec tam
jest i bardzo nam pomagała.
Kiedy zdał pan sobie sprawę, że pański ojciec jest ważną figurą w kraju?
W roku 1970. do tego czasu w Katowicach mieszkaliśmy w normalnym bloku.
W grudniu 1970 na Wybrzeżu polała się krew.
Poszło o podwyżkę cen, z którą ojciec od początku się nie zgadzał.
Namawiał Gomułkę, żeby tego nie robił. Ale Gomułka był człowiekiem bardzo
upartym, ciągle w budżecie brakowało mu pieniędzy. Pamiętam Gomułkę dobrze, bo
parokrotnie się z nim spotkałem. Na ostatnie spotkanie z Gomułką do Warszawy,
gdzie zapadła decyzja o strzelaniu do ludzi, ojciec nie pojechał. Został w
Katowicach. Nas wywiózł do leśniczówki, bo spodziewał się czegoś złego. I
właśnie w tej leśniczówce włączyliśmy telewizor i zobaczyliśmy, jak ojciec
przemawia jako I sekretarz KC PZPR. To było dla nas ogromne zaskoczenie. Dwa dni
później przyjechał do nas francuski dziennikarz, zdaje się Bernard Margueritte,
że by zrobić wywiad.
A pański ojciec zadzwonił do domu po wyborze na I sekretarza, opowiadał
coÅ› o kulisach tej nominacji?
Tłumaczył, że nie mógł inaczej postąpić, że to było ratowanie kraju.
I nigdy pana te kulisy nie interesowały?
Wiele lat później próbowałem do tego dochodzić. Ale wtedy interesowało nas
tylko, żeby w Polsce jak najszybciej był spokój, żeby opracować programy, które
będą służyły ludziom.
I do 1976 roku jakoś służyły. Aż tu nagle wprowadzono kartki na cukier,
doszło do wydarzeń w Radomiu zakończonych "ścieżkami zdrowia".
W 1976 roku sytuacja była trudna. Ceny były zamrożone od 1970 r.
Gospodarka się rozwijała, płace rosły i pewnych towarów, w tym mięsa, którego
wtedy chyba jadło się więcej niż teraz, zaczęło brakować. Gdyby rząd
Jaroszewicza nie zaskoczył ludzi podwyżką, gdyby z nimi wtedy zaczęto w bardziej
rozsądny sposób dyskutować, do Radomia pewnie by nie doszło. Jaroszewicz
niezdarnie próbował wprowadzić korektę cen. Kiedy referował tę sprawę,
prawdopodobnie był chory - jakaś grypa czy angina - bo zupełnie mu nie szło. To
zostało źle przez ludzi przyjęte. No i zaczęły się rozruchy. W Radomiu ludzie
opanowali komitet wojewódzki i go podpalili. Główną ulicą poszedł tłum, zaczął
wybijać szyby w wystawach i kraść towary. Myślę, że to nie byli robotnicy. To
musiała być jakaś prowokacja.
A ścieżki zdrowia?
O tym dowiedziałem się dopiero po latach. Ale wiem, że kiedy milicja miała
wyjść robić porządek, ojciec kazał zabrać milicjantom zabrać broń. Dlatego nie
doszło do takiego dramatu, jak później na kopalni "Wujek". A z tymi kartkami na
cukier to siÄ™ ciÄ…gnie od wojny. Polacy, jak coÅ› siÄ™ dzieje, wykupujÄ… cukier, bo
się nie psuje. Może wiele osób odczuło ten brak, choć osobiście w to wątpię.
Cukru było dużo, tylko sztucznie wywołano panikę.
Stał pan w kolejkach?
Już wtedy ograniczałem słodycze i cukier. Do dziś właściwie nie słodzę,
więc mnie to specjalnie nie bolało.
A potem był kolejny wstrząs: Sierpień '80, który pozbawił Edwarda Gierka
władzy. Gdzie pan wtedy był?
Na wakacjach na Krymie. Polecieliśmy tam całą rodzina: ojciec, mama, ja
ówczesną żoną i córką oraz młodszy brat ze swoją rodziną. Chodziło o to, żeby
radzieckim pokazać - bo oni zaczęli wpadać w panikę w związku z sytuacja w
Polsce - że nie jest tak źle, jak myślą. Radzieccy ciągle mówili, że w Polsce
jest kontrrewolucja. A jak jest kontrrewolucja to trzeba ostro wejść. Ojciec się
tego bał. Nie chciał żadnych rozpraw, które doprowadziłyby do rozlewu krwi. Na
Krymie ciągle odbierał telefony. I choć Jaruzelski dzwonił: "Towarzyszu pierwszy
sekretarzu" - prawdopodobnie stał na baczność jak mówił przez telefon -
"wszystko jest w porządku, panujemy nad sytuacją, proszę się nie martwić,
odpoczywać", ojciec urlop przerwał.
Publicyści zgodnie twierdzą, że pański ojciec musiał się wycofać z
polityki, bo w Sierpniu 1980 roku stracił nad wszystkim kontrolę.
Myślę, że gdyby wtedy nie dostał zawału, toby się dogadał z robotnikami. A
tak moment izolacji natychmiast został wykorzystany. Stał za tym radziecki
ambasador, zdaje się Aristow, to on wszystkim sterował, to z nim kontaktowali
się Kania i Jaruzelski. A Aristow chyba z góry zakładał, że Gierka trzeba
usunąć. Namówiono do tego Breżniewa i innych.
Przecież pański ojciec miał bardzo dobry kontakt z Breżniewem. Ponoć
Gierek hutnik, świetnie dogadywał się z hutnikiem Breżniewem.
Breżniew miał dwa okresy władzy: ten, w którym był człowiekiem w pełni
świadomym tego, co mówi, i ten, w którym był wrakiem człowieka, którego
ustawiano i któremu pisano, co ma powiedzieć. Byłem świadkiem ostatniego
spotkania na Krymie. Breżniew miał na kartce wypisany tekst i drewnianym głosem
dukał zdanie po zdaniu, jak człowiek zupełnie nad sobą nie panujący.
Prawdopodobnie podawanemu mu jakieś stymulujące leki, żeby w ogóle funkcjonował.
Chodziło tylko o to, żeby ta cała gerontokracja wokół niego mogła przetrwać. I
to był największy błąd Związku Radzieckiego: nie wymieniono na czas grupa ludzi,
która w konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi okazała się bezradna.
Po oddaniu władzy pański ojciec był mocno rozgoryczony?
Owszem, był. Jeżeli człowiek ma nominalnych przyjaciół i ci nagle go
zdradzają, to można mieć pretensje do całego świata. Paru ludzi było z nim do
końca, również w czasie internowania, ale to były nieliczne jednostki. Zaraz po
jego odwołaniu katowicka "Trybuna robotnicza" pisała, że Gierek miał w domu
złote klamki. Mówiono o tym nawet na plenum w Katowicach wiosną 1981 roku.
Zaproponowałem wtedy, żeby zaprosić ojca: niech sam wyjaśni, o co chodzi. Byli
tacy, co mówili, że byłoby dobrze zaprosić Gierka, ale zadzwoniono do
Jaruzelskiego i nic z tego nie wyszło.
Pisano też, że pańska mama latała rządowym śmigłowcem do Paryża do
fryzjera.
Bzdur nie brakowało. Chyba w 1981 r. w "Rzeczpospolitej" Karol Małcużyński
napisał, że mama tam wyjeżdżała. Była to podła insynuacja. Puszczanie plotek to
jest metoda walki politycznej, adwersarze ojca siÄ™ w tym specjalizowali. Robili
to w sposób prymitywny i niecny, ale skuteczny. Próbowali obniżyć jego
autorytet, bo siÄ™ go bali.
Było jeszcze internowanie w stanie wojennym. Dlaczego?
Sam ojciec o to pytał. Wiele lat później też próbowałem odpowiedzieć na to
pytanie. Otóż Jaruzelski i Kania, wprowadzając stan wojenny, wcale nie myśleli o
tym, że później powołać Okrągły Stół. Jeśli ktoś tak myśli, to jest w błędzie. W
błędzie jest też ten, kto uważa, że Jaruzelski chciał przez stan wojenny
uratować Polskę przed Rosją, przed wprowadzeniem jej wojsk. Rosjanie dokładnie
wiedzieli, co Jaruzelski robi. Rosjanie mieli swoich ludzi we wszystkich
miejscach. Stan wojenny nie zależał od Jaruzelskiego. Nie było tak, że on to
wymyślił, zaskakując radzieckich towarzyszy, on musiał tylko wziąć na siebie to
odium. Stan wojenny miał doprowadzić do odtworzenia układu sprzed "Solidarności".
Winą za całą sytuację chciano obarczyć Gierka i jego ekipę. Miał się odbyć
pokazowy sąd z oskarżeniem o szpiegostwo, sprzedanie Polski Zachodowi i jakieś
kryminalne przestępstwa. Wszystko miało zakończyć się "czapą". Ale to się nie
udało, bo radziecka gerontokracja zaczęła wymierać. Najpierw umarł Breżniew,
potem Andropow, potem Czernienko i przyszedł Gorbaczow. To pokrzyżowało plany
Jaruzelskiego, który musiał zmienić koncepcję. Ojca wypuszczono, skończyły się
wszystkie dochodzenia, nękania i podsłuchy.
Edward Gierek przemówił dopiero w 1990 roku, kiedy Janusz Rolicki wydał
wywiad rzekę "Przerwana dekada". Książka rozeszła się w milionie egzemplarzy.
To był bestseller, ale ojciec nie zwracał na to uwagi. Kiepsko podpisał
umowę i niewiele miał z tej książki. Kupił za nią malucha.
Przez ostatnie 11 lat pana ojciec żył na koszt belgijskiego podatnika, bo
to Belgowie wypłacali mu górniczą rentę.
To prawda.
Spodziewał się pan, że po latach będzie się cieszył takim uznaniem wśród
Polaków: niektórzy będą jego imieniem nazywać ronda, a inni zechcą mu nawet
stawiać pomniki?
Spodziewałem się. Ojciec mówił mi jeszcze przed śmiercią: "Zobaczysz, że
jeszcze ludzie inaczej zaczną o tych czasach i o mnie mówić". I już powoli
zaczynajÄ… siÄ™ te czasy.
Rozmawiał: Wojciech Sybilski
Głos Pomorza nr 198 (25-27 VIII.). - przedruk Angora nr 37 (10 września
2006 r.).
http://www.rog.com.pl/luksusy.htm
boukun