Na wstępie nie trzeba chyba tłumaczyć, że piszę do czytelnika o jasno
sprecyzowanych narodowo-tradycjonalistycznych przekonaniach i nie muszę
przedstawiać podstaw swych poglądów na tematy dla nas oczywiste. Europa gnije
jako Centrum formowania ideologii i cnót heroicznych, zamieniając się od II
wojny światowej w rodzaj gigantycznego straganu, na którym wartość danej waluty
i globalny handel jest ważniejszy od troski o własną (narodową) duszę, którą
Złoty Cielec w zupełności połknął i być może już ostatecznie strawił.
Kontynentalny rynek idei - z wyjątkiem Rosji, gdzie ideologiczny ferment na
tradycjonalistycznej prawicy jest imponujący - to różne odmiany
pseudokonserwatyzmu i lewactwa w głęboko zawiesistym liberalnym sosie.
Europejczyk stał się zwierzęciem domowym przeżuwającym internetowo-telewizyjną
kiszonkę, porzucając dawne przymioty kreatora kultury i cywilizacji, myśliciela
i bohatera. Sterowany przez media jest w połowie człowiekiem już tylko z
biologicznej definicji. DWUGŁOWY ORZEŁ SERBÓW - KARADZIĆ I MLADIĆ
Na przełomie XX/XXI wieku ostatnim bastionem heroizmu idealistycznego w
narodowym duchu, była Serbia - czy też Serbowie. Ten stosunkowo mały kraj i
naród, wydawały się trwać i walczyć do końca o sprawy najważniejsze dla
narodowej duszy wbrew całemu światu, co znalazło swoje apogeum w najeździe wojsk
NATO na Federację Jugosłowiańską w 1999 r. Później przyszły kolejne etapy
rozbijania ziem czarnogórsko-serbskich i wreszcie rozbiór samej Serbii właściwej
poprzez secesję Kosowa kilka miesięcy temu. Przerażające było to, że nawet owi
heroiczni i dumni Serbowie, nie stanęli do ostatecznego boju o mistyczne
wartości zawarte w swym kosowskim kręgu historii geosakralnej, lecz przyjęli
narzuconą im w wyniku fałszerstw wyborczych władzę "brukselskich nominatów" z
Borisem Tadiciem na czele. Ci z wolna rzucają Serbię na pastwę tzw. europejskich
wartości i czynią z niej jeszcze jedno poletko ekonomiczno-politycznej dominacji
liberalizmu, amerykanizacji i globalizacji. Szczególnie jaskrawym symbolem
wykrwawienia się serbskiej duszy, stało się wykrycie, aresztowanie i oddanie w
kajdanach trybunałowi w Hadze Radovana Karadzicia, przywódcy bośniackich Serbów
w czasie ich konfliktu z muzułmanami w l. 90 XX w.
Podobny los jest kwestią czasu dla byłego szefa sił zbrojnych Serbów w Bośni,
generała Radko Mladicia. Ci serbscy bohaterowie nie stanowili od dłuższego czasu
fizycznego zagrożenia dla amerykańsko-germańskiego molocha okupacyjnego,
jednakże reprezentowali wymienione symbole serbskiego oporu narodowego w kwestii
bardziej metafizycznej niż realnej, a więc być może groźniejszej. "Wódz Radovan"
istniał jako nieuchwytny rycerz z gór, którego czciciele mamony z Wall Street
nie mogli dopaść za olbrzymie pieniądze przeznaczone dla donosicieli. Tymczasem
służby specjalne Tadicia pojmały Radovana w chirurgicznej akcji i bez strachu
przed gniewem narodu; dali go w prezencie Waszyngtonowi i Berlinowi - oczywiście
współpracując z CIA i niemieckim BDM. Odbyły się co prawda masowe protesty
narodowej opozycji (głównie z Serbskiej Partii Radykalnej - SRS), lecz wojsko i
policja Serbii wydają się być w przeważającej części wierne prezydentowi
Tadiciowi i jego politycznemu zapleczu. W Hadze zamordowano Slobodana
Miloszevicia, a Serbska Partia Socjalistyczna (którą Slobodan niegdyś kierował i
nadał jej socjal-nacjonalistyczny charakter), poszła na zdradziecki układ
koalicyjny z Tadiciem. W haskim więzieniu przebywa jeszcze Vojislav Szeszelij -
nominalny przywódca SRS, który udał się tam dobrowolnie, chcąc pomóc w obronie
Miloszeviciowi. Teraz pęta spadły na Karadzicia. Serbia jest ogałacana z tych
mitycznych na poły postaci, które niczym herosi z dawnych legend, dawali państwu
i narodowi waleczną moc, kiedy trwał czas smuty albo pożogi.
Pozostał na wolności Radko Mladić, którego zohydza się pomówieniami o wydanie
Radovana Karadzicia. To twierdzenie jest dobre dla wychowanego na zachodnim
chłamie tele-romansowym laika i idioty. Owe dwie osobistości są tytułowym
dwugłowym serbskim orłem, nie mogą wystąpić przeciwko sobie, bo runie ostatni -
jak na razie - fundament serbskiego eposu walki o Wielką Serbię, przeciwko
bośniackim muzułmanom i Albańczykom. Radovan i Radko o tym wiedzą i wierzą w
Serbię - zdają sobie sprawę, że muszą się poświęcić wobec serbskiej historii,
aby nowe pokolenia rodaków utrwalały mit twórczy Narodu. Na razie Serbski Duch -
nadzieja Europy - jakby osłabł, co stanowi również dzieło bezruchu technokratów
z Kremla, którzy nie popierają jednoznacznie prosłowiańskich, nacjonalistycznych
i tradycjonalistycznych sił w Serbii. Módlmy się jednakże wszyscy o wytrwałość
Serbskiego Ducha, o narodową i mistyczną jedność Serbów, ponieważ bez Serbii
zginie definitywnie Europa Narodów. Powód jest prosty - tam tradycjonalistyczny
nacjonalizm zachowuje niezmiennie twarde jądro licznych wyznawców, fanatycznie
odpornych na bezczelną propagandę Zachodu. Nie bez znaczenia dla poruszanej
tematyki, a także dalszej części mego wywodu, ma opinia internauty, który na
forum portalu Prawy. pl wypowiada następujące zdania (fragmenty): "W Radiu
Maryja modlą się i zaraz kłamią np. o tym, za co i kto aresztował Radovana
Karadzicia. Radiomaryjne kłamstwa NICZYM SIĘ NIE RÓŻNIĄ OD OFICJALNYCH KŁAMSTW
ŻYDOMEDIÓW!!! TVN i RFM-fn przynajmniej nie modlą się przed tym, zanim zaczną
kłamać jak z nut na wszystkie tematy". (pisownia oryginalna)
NARÓD I JEGO WROGOWIE
Francis Fukuyama w swej sławnej książce o polskim tytule "Koniec historii"
wieszczył, że wraz z załamaniem się komunizmu i zwycięstwie modelu demokracji
liberalnej tudzież wolnego rynku, historia - głównie jako starcie idei - niejako
się wypełniła. W sferze globalnej okazało się to nonsensem (gigantyczny wzrost
znaczenia islamu i wyrosłych z niego ruchów politycznych, zadziwiające
połączenie elementów komunizmu, nacjonalizmu i kapitalizmu w Chinach, czy
rosyjska droga "demoautorykratyzmu - putinizmu" ), tygiel ideologicznej i
politycznej konfrontacji bynajmniej nie wygasł. Fukuyama miał jednak rację,
biorąc pod uwagę USA i Europę. Osobliwie w Europie Zachodniej demoliberalizm i
rynek gospodarczy, zdają się triumfować nad twórczą myślą i filozofią
polityczną, które jakby obumarły na ołtarzu Złotego Cielca. Europejczyk to
synonim zadowolonego z siebie konsumenta-sybaryty, z zanikającym poczuciem
przynależności narodowej, przykład ciułacza euro na egzotyczne wycieczki oraz
egoistyczne i beztroskie życie. W sferze idei wszechwładnie panuje polityczna
poprawność o socliberalnym kształcie programowym, chociaż niekiedy syte
wspólnoty europejskie - bo trudno je już nazwać narodami - występują przeciwko
obcej imigracji, ale nie ma to najczęściej charakteru obrony duchowych wartości,
lecz strachu przed konkurencją, która sięga w ich kieszeń dobrobytu (potwierdza
to traktowanie na Zachodzie zintegrowanej społecznie mniejszości żydowskiej,
namawianej wprost do głosowania na "ugrupowania narodowe", najskuteczniejsze w
walce z muzułmańską imigracją). Jak na ruch narodowy, jest to postępowanie
bliższe agentom ubezpieczeniowym niż jakiemukolwiek nacjonalizmowi. Taki ideał
społeczeństwa pozbawionego cech narodowo-heroicznych, ogólnoeuropejską magmę o
lewicowym rdzeniu, jego teoretycy nazwali społeczeństwem otwartym albo
obywatelskim i zdefiniowali nawet swoich wrogów - każdego i każdą ideę, które
podważają soc-liberalny pseudoporządek społeczności otwartej niczym stodoła
(patrz - Karl Popper "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie"). Biorąc pod uwagę
sytuację w Polsce, występują u nas różne wariacje twierdzeń Fukuyamy, które
ogólnie potwierdzają kryzys czy wprost zanik sporu ideologicznego na
płaszczyźnie działań politycznych w III/IV RP. Na obecnym fundamencie wizji
państwa i narodu, panuje ideologiczna pustynia. Wykreowano niejako (głównie za
pomocą mediów) sztuczne byty ideowe, nazywając je "prawicą" - Prawo i
Sprawiedliwość, Platforma Obywatelska, "lewicą" - Sojusz Lewicy Demokratycznej,
Socjaldemokracja Polska, a nawet "skrajną prawicą" - Liga Polskich Rodzin,
polityczno-religijne lobby ojca Rydzyka. "Prawica" w tym układzie jest
rozwodnioną chadecją, "lewica" takimż skrzydłem liberalizmu, zaś owa "skrajna
prawica", to w najlepszym wypadku radykalniejsza prawica postkatolicka (uznająca
w pełni ustalenia Soboru Watykańskiego II) i przeważnie prosyjonistyczna. Główne
siły polityczne III/IV RP, zabawiają się wyłącznie sporami personalnymi i
kłótniami na poziomie telenowel brazylijskich, będąc w dziele budowania idei
żałosną i nędzną namiastką wielkich systemów filozoficzno-ideologicznych
minionych wieków. Nas najbardziej zajmuje Naród jako byt duchowo-materialny i
formacje polityczne, które mienią się jego przedstawicielami. Otóż w tym
względzie oszustwo liberalne sięga szczytu. Po pierwsze w Polsce trzeba
przewartościować pojęcie narodu w rozumieniu myśli nacjonalistycznej z końca XIX
i połowy XX wieku.
Tak pozytywistyczno-organiczne, jak i narodowo-radykalne definicje, określały
naród jako zjawisko masowe, historycznie uchwytne i żywotne, co w zasadzie było
zgodne z prawdą tamtych czasów. Polacy byli na tzw. fali wznoszącej, podatni na
ideologię w typie nacjonalizmu. Pamiętajmy, że u schyłku Międzywojnia na pozycje
nacjonalistyczne, przechodziła z wolna nawet rządząca sanacja, chadecy i
ludowcy. Gdyby nie II wojna światowa, doszłoby pewnie do jeszcze poważniejszego
zbliżenia narodowego skrzydła obozu piłsudczyków, gdzie sanacyjna lewica słabła,
z ruchem stricte narodowym (takie próby z mniejszym albo większym powodzeniem
podejmowano z dwóch stron). Narodowy ideowo był w większości Kościół katolicki,
a jego potęga i wpływy, przyniosą nam w przyszłości więcej złego niż dobrego, o
czym wtedy nikt nie śnił w najgorszych koszmarach. W każdym bądź razie minęło
prawie 70 lat, i co dalej?
Mamy więc 2008 rok i bliżej nieokreślony, mówiący po polsku lud między Odrą a
Bugiem, który z entuzjazmem wspiera w sondażach Unię Europejską i "traktat
lesboński" . O zagrożeniach tożsamości nie chce słyszeć, marzy ciągle o mamonie
i ustawieniu dzieci w przyszłym superpaństwie europejskim. Jest to - biorąc pod
uwagę elektoraty PO, lewicy, pazernych na unijne "dotacje" ludowców i luźnych
entuzjastów eurokołchozu - jakieś 60-70 procent dorosłej populacji. Za prawicę
względnie skrajną prawicę robi PiS, Liga Polskich Rodzin i Radio Maryja -
niestrawna mieszanka PPS-owskiej postpiłsudczyzny, popłuczyn po idei
liberalno-narodowej (dziedzictwo Związku Ludowo-Narodowego) i katolicyzmu a la
Jan Paweł II, czyli filosemityzm i ekumenizm z transmisjami imprez cygańskich w
TV Trwam, a więc tolerancja pełną gębą, której by się Owsiak nie powstydził.
Dorosła populacja swoistych skołowanych patriotów, to z kolei 20-25 proc.
metrykalnych Polaków. Kościół katolicki tkwi po uszy w liberalizmie i strachu
przed skrajnościami, wychowując owieczki w duchu miłości względem pazernych
Niemców i Żydów, przyczyniając się w wyniku watykańskiego sojuszu z Cerkwią
Grekokatolicką do wymazania z polskiej pamięci strasznych zbrodni Ukraińskiej
Powstańczej Armii. Jakiż to kontrast z serbską Cerkwią Prawosławną, która
utrzymuje niezmiennie nacjonalistyczną linię, co wzmacnia teologiczny nakaz
zaliczania w poczet świętych serbskich bohaterów narodowych. Nacjonaliści przez
duże N wegetują w Polsce na marginesie (dodatkowo skłóceni wewnętrznie), co jest
wstydem, kiedy weźmiemy jako wzór siłę ugrupowań narodowych w Rosji, na Litwie,
Słowacji, Rumunii, Bułgarii, Serbii, czy nawet w Czechach.
Niektórzy koledzy namawiają do złagodzenia kursu, inni do powrotu ku źródłom i
wychowywaniu młodzieży. Nie możemy sobie pozwolić na łagodny kurs, bo jest to
śmiertelny dryf w stronę PiS-u. Młodzież stanowi w 2/3 domenę
lewacko-libertyńskich mód (trendów) i jako całość pragnie z małymi wyjątkami
łatwego i "europejskiego" życia. Średnie pokolenie zakopało się w pracę i
rodzinę - znakomity pretekst, aby się niczym i nikim nie interesować. Pewną
szansą pozostają aktywni ludzie starsi, których nie w pełni zabrała rydzykowa
fala. Podobnie pewien odłam drobnego kupiectwa polskiego, wykazuje
zainteresowanie ruchem nacjonalistycznym, który niegdyś był ich mieczem w
konflikcie z żydowską konkurencją. Działać musimy wszędzie,w każdej grupie
wiekowej i społecznej, ale jednocześnie należy zdać sobie sprawę, że żyjemy w
epoce "trzeciego wcielenia nacjonalizmu", najtrudniejszego po
pozytywistyczno-organicznym i narodowo-radykalnym. Za świadomy Naród możemy
dzisiaj uznać optymistycznie z 500 tys. metrykalnych Polaków. Sam korzeń Idei to
jakieś (góra) 5 tys. rozproszonych po różnych partyjkach aktywistów. Wraca na
koniec serbski model idei narodowej, oparty na mistyce krwi i pół bitewnych
przodków. Wielki artysta Stanisław Szukalski (Stach z Warty) powiedział niegdyś,
że "Naród to masa posiadająca bohaterów". Trafił w sedno dzisiejszej epoki, gdy
jesteśmy wędrowcami wśród społecznej pustyni. Masę się ugniata i kształtuje na
obraz i podobieństwo tych, którzy potrafią poświęcić siebie, poderwać
irracjonalne formy zachowań i działań odziedziczonych po atentatach. Nie
filozofujmy zbytnio, nie czas na dzielenie włosa na czworo, na "wychowanie"
kogokolwiek też może być za późno.
Nacjonalista "trzeciego wcielenia" musi stać się bohaterem, ponieważ o starych
naród z wolna zapomina. Wojna to straszna rzecz, ale bez ostatniej wojny
jugosłowiańskiej, mitologia serbskiego poświęcenia dla Nacji i Ziemi mogłaby
umrzeć , a z nią duchowo sami Serbowie. Każda wojna oprócz zniszczeń i tragedii,
rodzi bohaterów i zrasza ojczyste zagony twórczą krwią męczenników. My -
Polacy - rozmamłani pokojem, wegetacją w roli małego trybiku UE, bylejakością
real-socjalizmu i demokracji, z wolna umieramy. Pomnijmy na słowa Stacha z
Warty, wici może już zostały rzucone...
ROBERT LARKOWSKI