Czy "partyzanci" Tewje Bielskiego pacyfikowali Naliboki?
  Home FAQ Contact Sign in
pl.soc.polityka only
 
Advanced search
POPULAR GROUPS

more...

 Up
Czy "partyzanci" Tewje Bielskiego pacyfikowali Naliboki?         

Group: pl.soc.polityka · Group Profile
Author: boukun
Date: Jun 2, 2008 13:45

Czego nie pokaże Hollywood?

Trwają prace nad ukończeniem kolejnej wielkiej hollywoodzkiej
superprodukcji, która już jesienią trafi na ekrany kin w USA, a później z
pewnością i w innych częściach świata, w tym także w Polsce. Ma to być epicka
opowieść o dokonaniach żydowskich "partyzantów", dowodzonych przez Tewje
Bielskiego i jego braci, na polskich Kresach Wschodnich. Warto zatem wiedzieć
zawczasu, że historia braci Bielskich ma liczne wątki polskie (i antypolskie),
których w filmie oczywiście nie będzie. "Defiance" ("Opór") pochłonie dziesiątki
milionów dolarów. Reżyserem jest Edward Zwick (twórca widowiskowego "Ostatniego
samuraja"), a główną rolę - Tewjego Bielskiego - gra Daniel Craig (znany jako
James Bond "Agent 007"). Film więc już choćby z tej racji będzie wielkim
wydarzeniem, a koniunkturę niewątpliwie dodatkowo nakręcą światowe media.
Film oparty jest na książce Nechamy Tec "Defiance. The Bielski Partisans"
("Opór. Partyzanci Bielskiego"). Ma to być historia czarno-biała, pokazująca
"dobrych partyzantów" w morzu zła. Aby to osiągnąć, należy ją oczyścić ze
wszystkich śladów, które mogłyby rzucić cień na ich działalność.
W filmie nie zobaczymy rzeczy najważniejszej. "Partyzanci" Tewje
Bielskiego i Simchy Zorina są bowiem oskarżani o współudział w pacyfikacji
Naliboków, dokonanej 8 maja 1943 r. przez zgrupowania sowieckie. Na ten temat
dysponujemy już dość sporą literaturą (dokumentami, wspomnieniami, relacjami).
Od lat toczy się też śledztwo w Instytucie Pamięci Narodowej. Twórcy filmu nie
są tym jednak zainteresowani, więc największej "operacji wojskowej" nie
zobaczymy, a szkoda, ponieważ przestaje to być historią, a jest tworzeniem
szkodliwych mitów.
Od 2001 r. Instytut Pamięci Narodowej - Oddziałowa Komisja Ścigania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi prowadzi (na wniosek Kongresu
Polonii Kanadyjskiej) śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej przez partyzantkę
sowiecką w Nalibokach. Pomimo że KPK załączył obszerną, bogatą dokumentację
źródłową, śledztwo toczy się bardzo niemrawo. Według komunikatu IPN z 15 maja
2003 r., zbrodnię tę, jak też inne, popełnione na tym terenie "zakwalifikowano
jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości,
których karalność nie ulega przedawnieniu. Wskazać przy tym należy, iż są to
jedynie najbardziej tragicznie przykłady. Wiele bowiem innych wsi i osad na
terenie woj. nowogródzkiego było atakowanych przez partyzantów radzieckich".
Warto zwrócić uwagę, że w corocznym sprawozdaniu prezesa IPN dla Sejmu
(był nim wówczas prof. Leon Kieres) usunięto wszelkie informacje o udziale w tej
zbrodni osób pochodzenia żydowskiego (zob. "Informacja o działalności Instytutu
Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w
okresie 1 lipca 2001 r. - 30 czerwca 2002 r. Warszawa, wrzesień 2002" -
www.ipn.gov.pl).
Wobec szybkiego wymierania bezpośrednich świadków (a także uczestników
pacyfikacji) można założyć, że sprawa nigdy nie zakończy się wyjaśnieniem
najważniejszych okoliczności, ustaleniem sprawców, a już z pewnością ich
ukaraniem, choćby symbolicznym. Zostanie nam tylko film, którego bohater - jak
James Bond - będzie dokonywać cudów w ekranowej walce z Niemcami.

Nieustanne pasmo zbrodni
Kresy Północno-Wschodnie, a szczególnie tereny, gdzie podczas okupacji
niemieckiej operowała grupa braci Bielskich, czyli Puszcza Nalibocka, znajdowały
się pod faktyczną okupacją partyzantki sowieckiej. Ludność polska tych ziem
przechodziła niewyobrażalną gehennę. We wrześniu 1939 r. tereny te zajęli
Sowieci w wyniku porozumienia z hitlerowskimi Niemcami. Pierwsze represje i
pacyfikacje ludności miały miejsce już od 17 września 1939 r., gdy komunistyczne
bojówki (złożone głównie z mniejszości narodowych) atakowały i mordowały grupki
polskich żołnierzy, ziemian, księży i urzędników. Był to proceder, który ogarnął
całe Kresy. Zamordowano wówczas około 10 tys. ludzi, często w niezwykle okrutny
sposób. Następnie była okupacja sowiecka. Do czerwca 1941 r. sowieccy komuniści
(przy pomocy miejscowych kolaborantów, wśród których wymienia się także
komunistów żydowskich) w kilku operacjach "deportowali" setki tysięcy ludzi na
Sybir. Niezwykle dramatyczny był też początek wojny niemiecko-sowieckiej. NKWD
pośpiesznie ewakuowało swe przeludnione więzienia i areszty, zabijając przy tym
dziesiątki tysięcy więźniów.
Niemcy, jako nowy okupant, niejednokrotnie witani byli jako wybawcy,
albowiem wydawało się, że już gorzej być nie może. A jednak było. Lata 1941-1944
to nie tylko okupacja niemiecka, z krwawymi pacyfikacjami, wywożeniem ludzi "na
roboty" i rozstrzeliwaniem za każde nieposłuszeństwo wobec nowej władzy. Na to
przecież nakładała się jeszcze "druga okupacja", czyli działalność partyzantki
sowieckiej oraz licznych, szczególnie w pierwszym okresie, pospolitych band
rabunkowych.

Między Niemcami a Sowietami
W niezwykle trudnych warunkach rozwijała się na tych terenach polska
konspiracja, głównie ZWZ-AK. W Puszczy Nalibockiej stacjonowało do 10 tys.
sowieckich "partyzantów" (byli to głównie żołnierze sowieccy, którzy zostali za
frontem w rozbitych jednostkach i nie poszli do niewoli). Sowieci szybko
opanowali te masy, tworząc odgórnie struktury dowódcze i partyjne, zasilane
politrukami zrzucanymi z samolotów. Ich celem głównym miała być partyzancka
walka z Niemcami na zapleczu frontu. Jednostki te pozbawione były jednak
większej wartości bojowej i w bezpośrednich starciach z doborowymi oddziałami
niemieckimi nie miały szans. Stanowiły jednak śmiertelne zagrożenie dla
partyzantki polskiej, którą zwalczały wszelkimi środkami (również drogą
denuncjacji do Niemców). Tereny te bowiem traktowano już jako terytorium Związku
Sowieckiego, na których "bandy białopolskie" były wrogiem numer jeden.
Na to wszystko nakładały się jeszcze grupy i grupki ludności żydowskiej,
zbiegłej do lasów i puszcz, ukrywające się przed Niemcami. Nastawione były
przede wszystkim na przetrwanie, tworząc tzw. obozy siemiejnyje, czyli rodzinne.
I właśnie jedną z takich grup (zwaną "Jerozolimą") zorganizowali w Puszczy
Nalibockiej i dowodzili nią bracia Bielscy. Jej fenomen - liczebność i
przetrwanie całej okupacji niemieckiej - opisała Nechama Tec i stało się to
kanwą wspomnianego filmu.
Naliboki były w II RP uroczym kresowym miasteczkiem o wielowiekowej
historii. Położone w powiecie stołpeckim, na skraju wielkiej i dzikiej Puszczy
Nalibockiej, w pobliżu granicy II RP z Sowietami, żyło z dala od głównych
wydarzeń. W 1939 r. liczyło ok. 3 tys. mieszkańców, wśród których ponad 90
procent było katolikami. W miasteczku żyło też 25 rodzin żydowskich. Okupacja
sowiecka w latach 1939-1941 była wielkim dramatem. W ramach rugowania polskości
Sowieci wywieźli z terenu powiatu stołpeckiego ponad 2 tys. ludzi, w tym część
mieszkańców Naliboków.
Na terenie pobliskiej puszczy gromadzili się rozbitkowie z Czerwonej
Armii, tam też chroniła się ludność żydowska. Żydzi utworzyli dwa duże "obozy
rodzinne". Pierwszym zawiadywali bracia Bielscy (Tewje, Asael, Zus i Aron).
Schronili się w nim uciekinierzy z Naliboków i pobliskich miejscowości. W 1944
r. liczył on 941 osób, w tym sporo kobiet i dzieci. Tylko 162 osoby były
uzbrojone. Obóz drugi, pod dowództwem Simchy Zorina, gromadził uciekinierów z
gett. Liczył 562 osoby (w tym 73 uzbrojone).

"Życie ludzkie straciło wszelką cenę"
Ich celu nie stanowiła bezpośrednia walka z Niemcami, najważniejsze było
bowiem przeżycie wojny. Obozy były jednak podporządkowane sowieckiemu dowództwu
i na jego żądanie musiały każdorazowo wydzielać kontyngent uzbrojonych mężczyzn
"na akcje". Sowieci nie tolerowali na tym terytorium żadnych "obcych" sił, o
czym świadczy bezwzględne zwalczanie polskiej partyzantki. Żydom pozostawili
jednak ogromną autonomię, pozwalając im utrzymywać w obozie nawet synagogę.
Dla polskiego podziemia sprawą najważniejszą było zapewnienie względnego
bezpieczeństwa w terenie i ochrona ludności stale gnębionej przez pacyfikacje
niemieckie, sowieckie oraz najazdy żydowskich i sowieckich "grup
zaopatrzeniowych". Raporty Delegatury Rządu z tego okresu są wstrząsające:
"Zagadnienie bezpieczeństwa w ogóle nie istnieje a teren objęty
partyzantką robi wrażenie 'dzikich pól'. Życie ludzkie straciło wszelką cenę a
doraźne egzekucje są powszechne na całym terenie. (...)
Teren, gdzie Niemcy nie docierają, a zwłaszcza Puszcza Nalibocka, jest
siedliskiem przeważnie sowieckich oddziałów dywersyjnych. Są one dobrze
uzbrojone w broń ręczną i maszynową, dowodzone przez oficerów sowieckich
specjalnie wyszkolonych do walki partyzanckiej i podobno liczą ok. 10.000 ludzi.
(...) Ludność miejscowa jest zmęczona i znękana ciągłymi rekwizycjami a często i
rabunkiem odzieży, żywności i inwentarza.
Najbardziej dają się we znaki, zwłaszcza w odniesieniu do ludności
polskiej tzw. oddziały rodzinne (siemiejnyje), składające się wyłącznie z Żydów
i Żydówek w sile 2-ch batalionów" (Raport Delegatury Rządu, AAN, 202/III-193, k.
131, 160).
Konflikty rodziły się przede wszystkim na tle osławionych "akcji
zaopatrzeniowych". Strona polska uznawała istniejące status quo, usiłując
doprowadzić do jakichś porozumień z Sowietami, aby uniknąć gehenny ludności
cywilnej. Stawiała jednak zdecydowane warunki, wśród nich podkreślała zaś
wybitnie negatywną rolę grup żydowskich, działających z niezwykłym
okrucieństwem. Odbyło się więc kilka spotkań oficerów Okręgu Nowogródzkiego AK z
dowódcami sowieckimi. Już podczas pierwszego z nich, 8 czerwca 1943 r., strona
polska zażądała, aby na akcje rekwizycyjne Sowieci nie wysyłali grup żydowskich:
"(...) nie wysyłanie Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta
za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci (...),
obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą sowietów, nie mają miary w swej
nieuzasadnionej złości i w rabunku" ("Protokół spisany dn. 8 czerwca 43 r. przez
Delegata Sztabu Głównego partyzantów polskich - Wschód - oraz Komendy Lenińskiej
partyzanckiej brygady sowieckiej". Archiwum WIH, III/32/10, k. 1).

Jedli, pili, gwałcili
Grupy żydowskie przeprowadzały bowiem te rekwizycje (zwane operacjami
gospodarczymi) najbardziej bezwzględnie. Według jednego z raportów, obóz
Bielskiego "zgromadził" "200 t ziemniaków, 3 t kapusty, 5 t buraków, 5 t zboża,
3 t mięsa i 1 t kiełbasy". Z raportów sowieckiej partyzantki wynika, że nie było
problemu z wyżywieniem, co więcej, rabunki prowadzono na tak wielką skalę, że
istniał wprost nadmiar żywności, a "partyzanci" mogli dowolnie wybierać rodzaj
jadła: "Wyżywienie partyzantów jest bardzo dobre (...). Zawsze mają tłuszcze,
mięso, mleko, jajka, kury itd. Odżywiają się jak żadne wojsko w czasie pokoju.
Zapasów nie robią, ale jedzą cały czas bez końca". Z kroniki jednej z brygad
wynika, że "we wszelkich warunkach partyzant jadł bez ograniczeń. Duże spożycie
mięsa źle odbijało się na zdrowiu niektórych partyzantów". Jeszcze długo po
wojnie sowieccy partyzanci wspominali te czasy jak raj na ziemi: "Po partyzancku
mówiliśmy, jedz, ile się zmieści. To samo dotyczy mięsa. Do 1944 roku mięsem
pogardzaliśmy. U nas była wyłącznie wieprzowina, cielęcina, baranina. (...)
Wiele osób wzdycha teraz do tamtej kuchni".
W powojennych wspomnieniach żydowscy "partyzanci" z tych obozów
podkreślali męstwo i niezwykłe zasługi obozu Bielskiego. Na przykład Anatol
Wertheim pisał: "Na jego czele stało czterech braci Bielskich, synów młynarza
spod Nowogródka. (...) Z czasem znalazło się w ich szeregach trzystu bojowników,
których brawura stała się legendarna w całej Puszczy. Partyzanci z podziwem
powtarzali opowieści o ich pomysłowych zasadzkach na Niemców, odważnych akcjach
i o karach, jakie bracia Bielscy wymierzali kolaborantom".
Niestety, żaden z nich nie podaje konkretów, nie można więc zweryfikować
owej potężnej akcji antyniemieckiej...
O codziennym życiu i obyczajach panujących w tym obozie wiemy nie tylko z
opowieści Nechamy Tec. Opisał je również czasowy zastępca Tewje Bielskiego,
polski przedwojenny komunista Józef Marchwiński (który był żonaty z Żydówką o
imieniu Ester i z tej racji został dołączony do obozu przez dowództwo
sowieckie). "Bielskich było czterech braci, chłopów rosłych i dorodnych i nic
też dziwnego, że mieli powodzenie u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do
wypitki i miłości, nie mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich
(dowódca obozu) Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie,
lecz dowodził również dość licznym i ślicznym 'haremem' - niby król Saud w
Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie kładły się często na
spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki przytulały do wyschniętych piersi
głodne swoje dzieci, gdzie błagały o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich
maleństw - w tymże obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat!
Bielski i jego świta nie narzekali na złe warunki, na okupację. Posiadając
złoto i kosztowności swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W
ziemiankach braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od
wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale otaczało Tewie
Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te nie znały głodu i niedostatku.
Były zawsze ślicznie ubrane a na ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie
klejnoty i kamienie, nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek".
Z racji zgromadzonych na prywatny użytek bogactw Tewje był surowo oceniany
w raportach sowieckich: "Bielski nie zajmował się pracą bojową, a spekulował w
oddziałach. Brał od swoich partyzantów złoto na zakup broni i przywłaszczał je,
a broni nie dawał". On sam w swych powojennych wspomnieniach (wydanych w
Palestynie w 1947 r.) podkreślał, że jego "Jerozolima" - "nigdy nie weszła do
akcji z okupantem".

U Simchy Zorina było bardzo... wesoło
Podobnie było w sąsiednim obozie Simchy Zorina. Wspomniany Wertheim
opisywał to z wyraźną nostalgią: "jedzenia było pod dostatkiem, a nawet
gromadziły się zapasy. Jeszcze w dniu połączenia się z Armią Czerwoną
wyciągnęliśmy z jeziora kilkaset zatopionych worków z mąką (...). Nadwyżki
jedzenia posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku
w puszczy samolot: przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał z
powrotem samogon, słoninę i kiełbasy naszego własnego wyrobu".
Wystawne uczty i alkoholowe libacje zajmowały czas "partyzantom". W ocenie
Wertheima - "Z powodu pijaństwa wydarzały się w oddziałach nieodwracalne
tragedie - zbrojne konflikty, strzelaniny...". Jednak to było dla nich
nieistotne: "Najweselsze wizyty spędzałem z Zorinem. Nasz komendant był bardzo
kochliwy, za moich czasów miał już drugą czy trzecią żonę w oddziale, ale
uważał, że to wcale nie dosyć. Codziennie rano zasiadał do stołu w towarzystwie
aktualnej żony Geni. Pod stołem stała przygotowana zawczasu kadź z samogonem,
który Zorin czerpał filiżanką: wtedy pojawiała się kucharka sztabu Ethel i,
głęboko patrząc szefowi w oczy, pytała go z przejęciem, czego sobie życzy na
śniadanie. Zorin przesuwał czapkę w tył, drapał się przez chwilę w głowę i
zamawiał zawsze takie samo 'menu': twarożek ze śmietanką na zakąskę, kawałeczek
śledzia i kiełbasę naszego własnego wyrobu".
Broń służyła tym "partyzantom" nie tylko do przeprowadzania "operacji
gospodarczych". Gdy już dobrze pojedli i popili, korzystali jeszcze z innych
uciech. Broń potrzebna im była przede wszystkim do terroryzowania okolicy, w
poszukiwaniu nowych kobiet. To też bezwiednie ujawnił wspomniany Wertheim:
"[Zorin] po śniadaniu, jeżeli był w dobrym humorze i nie miał akurat nic
lepszego do roboty, wzywał mnie do siebie i proponował: 'Nu dawaj, naczalnik
sztaba, pajedziom żenitsia!'.
Na 'ożenek' jechaliśmy zazwyczaj do jakiejś odległej wsi, gdzie Zorin miał
z góry upatrzoną dziewuchę. Zajeżdżaliśmy z fasonem - pod eskortą przynajmniej
trzydziestu konnych. Nasz watażka zwracał się wprost do ojca wybranki,
oznajmiając mu, że właśnie ma zamiar ożenić się z jego córką. Partyzantom w
ogóle trudno było odmówić, a co dopiero takiemu komendantowi jak Zorin! Dla
większego efektu wyciągał z kieszeni skórzany woreczek, wysypywał z niego na
stół 'świnki', czyli złote carskie ruble, i bawił się nimi niby od niechcenia,
dając do zrozumienia, że nie tylko z niego potężny komendant, ale też nie byle
jaki bogacz! Ślub ciągnął się przez dwa, trzy dni, aż Zorin decydował, że pora
wracać do oddziału i Geni - przynajmniej do czasu następnego ożenku".
Podobne "normy moralne" obowiązywały też w "Jerozolimie" Bielskiego, który
przecież też miał swój harem.
Trudno więc wymagać, aby taka "partyzantka" cieszyła się jakimkolwiek
szacunkiem okolicznej ludności. Czy to zobaczymy w hollywoodzkim filmie? Ależ
skąd, zarówno Bielscy, jak i Zorin są wielkimi bohaterami, którzy w ten sposób -
dodatkowo uwiecznieni przez X muzę - wejdą do komiksowego panteonu II wojny
światowej.

Pacyfikacja Naliboków 8 maja 1943 r.
Jak doszło do ludobójczej pacyfikacji? Kto brał w tym udział? Niemcy
nakazywali tworzenie w miasteczkach i wsiach, nękanych przez grupy
sowiecko-żydowskie, tzw. samoochowy (samoobrony). To ona miała odpowiadać za
bezpieczeństwo mieszkańców i bezproblemowe oddawanie kontyngentów żywności. W
Nalibokach samoobrona powstała w połowie 1942 r. i była faktycznie przykrywką
dla miejscowej placówki Armii Krajowej. Dla Sowietów "samoochowa" była solą w
oku, traktowano ją jak jednostkę kolaboracyjną i starano się ją podporządkować
swoim interesom. W końcu doszło do bezpośredniego spotkania dowódców polskiej
samoobrony z przedstawicielami sowieckich partyzantów. W kwietniu 1943 r.
Sowieci postawili ostre warunki: wyrażenie zgody na "rozbicie" samoobrony (która
miała na stanie zaledwie 2 rkm i 26 starych kb), wcielenie jej do szeregów
partyzantki sowieckiej i złożenie przysięgi na wierność Stalinowi. Polacy, ze
zrozumiałych względów, przyjęli jednak tylko pierwszy warunek, uzgadniając datę
przeprowadzenia pozorowanej akcji na 3 maja 1943 roku. Tego terminu Sowieci
jednak nie dotrzymali. Ale rankiem 8 maja Naliboki zostały otoczone przez
kolumny sowieckich i żydowskich "partyzantów" z Puszczy Nalibockiej.
Pech chciał, że w miasteczku (w którym nigdy nie było żadnej placówki
niemieckiej) akurat tego dnia nocował u swej ciotki policjant białoruski z
Iwieńca, który na widok Sowietów wystrzelił i zabił jednego z ich dowódców.
Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko i drastycznie. Wacław Nowicki, który
był naocznym świadkiem, tak to opisał: "Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa
seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod
nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie
kilka centymetrów nad naszymi głowami. (...) Mama dopadła okna.
- Wieś płonie! - krzyczy. (...)
O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i
zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i
dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych
ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk
siepaczy Bielskiego i 'Pobiedy'. Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i
seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu
(nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem 'hura!' szli
dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało
na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy
wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie
zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować
pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów,
Łojków, Chmarów i wielu innych" (W. Nowicki, Żywe echa, Warszawa 1993, s.
99-100).
Według współczesnych ustaleń, ofiar było 128-132, w tym kobiety i dzieci.
Z niektórych rodzin zginęło nawet po 7-8 osób. Wśród napastników mieszkańcy
rozpoznali niektórych (znanych im już wcześniej) "partyzantów" sowieckich oraz
tych Żydów, którzy byli mieszkańcami Naliboków.

Grupa Keslera
Sąsiadów z Naliboków w obozie Bielskiego nie było wielu, ale ta grupa była
akurat bardzo charakterystyczna. Przewodził jej Izrael Kesler, przedwojenny
zawodowy złodziej (za ten proceder miał być nawet karany więzieniem). Do grupy
należeli również bracia Borys i Icek Rubieżewscy. Po wejściu Niemców Kesler
dowodził kilkunastoosobową bandą rabunkową, która szybko powiększała swe
szeregi, przyjmując grupy Żydów ukrywających się w okolicznych lasach. Według
różnych danych, powiększyła się do kilkudziesięciu (a nawet do ponad stu) osób i
z czasem weszła w skład obozu Bielskiego. Keslerowcy uzyskali w zamian pewną
autonomię w ramach "Jerozolimy", ale nawet tam uchodzili za grupę bezwzględnych
rabusiów.
W 1980 r. ukazała się w Izraelu książka Sulii Wolozhinski Rubin - żony
Borysa Rubieżewskiego ("Against the Tide. The Story of an Unknown Partisan",
Jerusalem 1980). Opisała ona napad na Naliboki (w ramach grupy Izraela Keslera),
choć nie wymieniła tej nazwy: "Nieopodal [dworzeckiego] getta znajdowała się
wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci
[sowieccy] w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w
miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi
wybiegali z siekierami, sierpami - czymkolwiek, co może służyć do zabijania - i
rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwi
mieli. Grupa Borysa [Rubieżewskiego] zdecydowała, aby położyć raz na zawsze kres
takiej działalności. Wysłali kilku ludzi do tej wioski, a sami zaczaili się w
zasadzce. Wkrótce rozległy się sygnały alarmowe i uzbrojeni chłopi wybiegli, aby
zabić 'przeklętych Żydów'. No, ale rozległy się salwy i skoszono ich ze
wszystkich stron. Trzy dni zajęło, aby zbić trumny [dla poległych chłopów] i
ponad 130 osób pochowano. Nigdy już więcej żaden Żyd czy partyzant nie zginął na
tych drogach" (S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide. The Story of an Unknown
Partisan, Jerusalem 1980, s. 126-127).
Jest to oczywiście opis skrajnie fałszywy, dokonany został niewątpliwie na
użytek czytelnika anglojęzycznego, nieznającego w ogóle wojennych i okupacyjnych
realiów w Polsce.

Jest już jeden film
Na podstawie książki Sulii Wolozhinski Rubin powstał w 1993 r. film
dokumentalny "The Bielsky Brothers: The Unkown Partisans" (Soma Productions,
1993) wykorzystywany jako materiał pomocniczy w nauczaniu o holokauście. W
filmie Sulia dodała nowe, drastyczne szczegóły o ojcu swego męża, którego Polacy
mieli jakoby zamęczyć w okrutny sposób, co miało jeszcze mocniej uzasadniać
pacyfikację Naliboków: "Jego ojca Szlomka (...) ukrzyżowano na drzewie. (...)
Borys się o tym dowiedział. Wioska już nie istnieje. (...) Tego dnia pochowano
130 osób". Zapomniała już natomiast o tym, co napisała we wcześniejszych
wspomnieniach, opublikowanych w 1980 r., że rok przed tymi wydarzeniami Szlomo
Rubieżewski zginął w getcie zabity przez Niemców.
W tym samym filmie przyznano jednak, że grupy żydowskie dokonywały
rabunków okolicznej ludności: "Największym kłopotem było (...) wyżywienie tylu
ludzi. Grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90
kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów". Sulia
chwaliła też spryt przyszłego męża, który po tej pacyfikacji obdarował ją
futrem, ubraniami i butami. Brat Borysa - Icek, wymieniany był nawet w raportach
sowieckich jako notoryczny rabuś, za co groziło mu rozstrzelanie.
Dalsze losy Keslera potoczyły się zgodnie z ówczesnymi regułami. Usiłował
on jakoby przejąć kontrolę nad całą "Jerozolimą" Tewje Bielskiego, więc został
przez niego zamordowany.
Naliboki nie były jedyną polską miejscowością, okrutnie spacyfikowaną
przez sowieckich "partyzantów". Kilka miesięcy później, 26 sierpnia 1943 r.,
inna grupa Sowietów podstępnie wymordowała ok. 50 partyzantów AK wraz z ich
dowódcą por. Antonim Burzyńskim "Kmicicem". Według ustaleń Nechamy Tec, w tym
również brała udział wydzielona grupa pomocników z obozu Bielskiego.
Kolejne rocznice haniebnej pacyfikacji Naliboków są całkowicie
przemilczane i ignorowane przez polskie władze. Czy można jeszcze ustalić choćby
niektórych sprawców? Niewątpliwie tak. Praktycznie wszyscy "partyzanci"
Bielskiego, którzy przeżyli wojnę, pozostawili swe relacje w Związku Sowieckim.
Pokaźne zbiory takiej dokumentacji zgromadził również Izrael. Czy ktoś pokusił
się o takie badania?
Pięć lat temu powstała w USA książka Petera Duffy'ego pt. "The Bielski
Brothers. The True Story of Three Men Who Defied the Nazis, Saved 1,200 Jews,
and Built a Village in the Forest" (New York 2003). O Nalibokach nie ma w niej w
ogóle mowy.
Bielscy są jednak nagłaśniani i w Polsce. W 2003 r. napisał o nich w
"Polityce" Marian Turski, podkreślając, że było to zgrupowanie o... wysokiej
etyce, w którym wszelkie konfiskaty (poza żywnością), były jakoby surowo karane
śmiercią: "Nieformalny kodeks etyczny, narzucony przez Bielskiego i jego braci,
najsurowiej tego zakazywał... A konfiskata żywności i bydła? Trzeba powiedzieć
otwarcie, że ludzie ze zgrupowania Bielskiego - podobnie jak wszystkie inne
oddziały partyzanckie! - czynili to bez zahamowań" (M. Turski, Republika braci
Bielskich, "Polityka" nr 30, 26 VII 2003).
Turski sprawę Naliboków całkowicie zbagatelizował: "Przed dwoma laty IPN
zwrócił się do organów ścigania Białorusi o wszczęcie własnego śledztwa w
sprawie zbrodni w Nalibokach, dokonanej przez partyzantów radzieckich w 1943 r.
Śledztwo w tej sprawie prowadzi oddział IPN w Łodzi. Jak można było przeczytać w
komunikacie PAP, 'Informacji o udziale Żydów w zbrodni w Nalibokach polskie
organa ścigania na razie nie zweryfikowały'. (...) Za życia Tewje Bielski nie
zaznał zbyt wiele glorii. Ale po śmierci jego ciało zostało sprowadzone do
Izraela i pochowane na Cmentarzu Bohaterów".
Po upływie trzech miesięcy od pacyfikacji sowiecko-żydowskiej, Naliboki
przeżyły kolejną tragedię. Tym razem Niemcy, w ramach operacji "Hermann", 6
sierpnia 1943 r. zrównali miasteczko z ziemią, a ludność częściowo wymordowali,
częściowo wywieźli na roboty. Odbudowano je już po wojnie, ale pozostało w nim
niewielu dawnych mieszkańców. Dziś nieliczni już nalibocczanie i ich potomkowie
mieszkają w USA, Kanadzie, Australii, są również rozproszeni po Polsce.

Jest jeszcze jeden polski wątek, który wiąże się z historią braci
Bielskich, całkiem współczesny. Oto kilka miesięcy temu media doniosły, że
amerykańskie małżeństwo - Aron i Henryka Bell - porwało 93-letnią Janinę
Zaniewską z Florydy i umieściło ją w domu opieki Hospes Hospiti w Pobiedziskach
pod Poznaniem. Miały to być jej "wakacje" w dawno niewidzianej Polsce. Przy
okazji małżonkowie wyłudzili od niej pełnomocnictwo i ogołocili jej konto z sumy
250 tys. dolarów życiowych oszczędności. Sprawa wyszła na jaw i Aron oraz
Henryka Bell zostali w USA aresztowani pod zarzutem porwania i oszustwa.
Aron Bell do 1951 r. nazywał się... Bielski. Jest najmłodszym bratem
Tewjego. Wyłudzenie 250 tys. dolarów od Janiny Zaniewskiej było zapewne jego
ostatnią już "operacją gospodarczą", których tyle przeprowadził w latach
okupacji wraz ze swymi braćmi.

Leszek Żebrowski

Za: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 31 maja - 1 czerwca 2008, Nr 126
(3143)

http://www.bibula.com/new/display.php?textid=02061

--
boukun

"Jestem, jaka jestem. Nie zmienię się. Lubcie mnie albo nie. A jeśli wam się nie
podobam, to - przepraszam - ale odp...cie się" - Sharon Stone
1 Comment
diggit! del.icio.us! reddit!