W telewizji to wygląda bardzo ładnie i prosto. Miła pani wręcza nam w banku
gruby plik gotówki. Niski procent, bez poręczenia, na wszystko. Wielu Polaków
się nabiera, a potem ciężko pokutuje za chwilę słabości.
Jak wynika z raportu Biura Informacji Gospodarczej już ponad milion Polaków
zalega ze spłatą różnego typu zobowiazań finansowych - głównie rat kredytów.
Okazuje się, iż ogromna rzesza naszych rodaków bierze z banków pieniądze - a
potem dziwi się, że trzeba je oddawać:
Zwykle scenariusz zadłużania się jest podobny i wygląda tak jak w przypadku
45-letniej Marii z Łodzi, która pierwsze długi zaczęła zaciągać 15 lat temu.
"Nie mogłam się powstrzymać przed zakupami do domu. Żelazko, kuchenka
mikrofalowa, toster - wszystko było dla mnie okazją. Firmy kredytowe szły na
rękę, bo wystarczyło wpłacić zaliczkę, a one resztę kwoty rozkładały na raty,
bez żadnego poręczenia" - mówi DZIENNIKOWI kobieta.
Polacy biorą kredyty, bo chcą natychmiast mieć takie rzeczy jak sąsiedzi. Tego,
że jednych stać przecież na więcej, a innych na mniej, nie rozumieją. Może to
efekt wielu lat socjalizmu, gdzie wszyscy mieli mało, ale po równo. I gdzie
trzeba było jedynie symulować pracę, by dostawać (marne, ale jednak) pieniądze.
W kapitalizmie jest inaczej. Pieniądze mają konkretną wartość, ale dlatego
trzeba na nie cierpliwie pracować. Niestety, cierpliwość to cecha rzadko
spotykana wśród Polaków. Dlatego właśnie reklamy banków przynoszą w naszym kraju
tak doskonałe efekty:
"Myślimy tylko o dniu dzisiejszym, o tym, że sąsiad ma telewizor plazmowy, a
my nie" - zauważa psycholog Krzysztof Troczyński. "Równocześnie wielokrotnie w
ciągu dnia jesteśmy bombardowani reklamami banków. W tych spotach kredyt
otrzymuje się lekko, łatwo i przyjemnie. Filmy kończą się odbiorem gotówki. Nikt
nie ukazuje uciążliwości spłacania zaciągniętych wierzytelności, stąd rodzi się
przekonanie w odbiorcach, że spłata będzie równie łatwa jak pożyczenie
pieniędzy".
Pogoń za łatwymi, jak się wydaje, pieniędzmi, odbiera niektórym osobom instynkt
samozachowawczy. Popatrzmy na najnowszą reklamę jednego z największych polskich
banków: mężczyzna wraca do domu z kuchenką elektryczną (a "miał kupić tylko
chleb"), bo namówiono go na szybki kredyt. Idiotyzm? Owszem, ale tysiące Polaków
tak właśnie robią. "Zlicytują mi mieszkanie za parę lat, ale co tam - teraz
sobie kupię pralkę".
Najgorsze jest to, że znaczna cześć klientów banków nie zdaje sobie sprawy jak
bezwzględne są instytucje finansowe. Udowadniają to historie osób, których
życiowe nieszczęście spotkało nie z ich własnej winy:
- Oznajmili, że choć co miesiąc płacę na ubezpieczenie, to nic nie dostanę. Bo
rak to choroba naturalna, a nie nieszczęśliwy wypadek. I że nic nie stoi na
przeszkodzie, bym dalej pracował i spłacał hipotekę.
To usłyszał od swojego ubezpieczyciela mężczyzna w zaawansowanym stadium raka.
Co ciekawe, ubezpiecznie musiał wykupić we współpracującym z bankiem
towarzystwie właśnie na wypadek niemożności spłaty kredytu z przyczyn losowych.
Gdy takowa przyczyna losowa niestety wystąpiła, opłaceni przez firmę
ubezpieczeniową lekarze stwierdzili, że jest praktycznie zdrowy.
Podobnie dzieje się z innymi chorymi na raka klientami instytucji finansowych. W
zależności od sytuacji dowiadują się, iż są: całkowicie zdrowi (gdy już mają
kredyt lub ubezpieczenie) albo praktycznie martwi (kiedy dopiero zamierzają
skorzystać z jakiejś usługi). Zarabiający krocie medycy poświadczą każdą bzdurę.
Dla bankierów, agentów ubezpieczeniowych, lekarzy to tylko biznes. Dla
wykorzystanych klientów - gigantyczna tragedia.
Kiedy więc kolejny raz zobaczycie w telewizji uśmiechniętych ludzi
opuszczających bank z walizkami pieniędzmi, pomyślcie czy naprawdę warto. Kredyt
może stać się klątwą, która zniszczy Wasze życie.
Paweł Cierniewski
http://www.pardon.pl/artykul/6005/bank_rak_to_niegrozna_choroba_placcie_raty