Sołżenicyn to przykład patrioty i humanistycznego nacjonalisty, przesiąkniętego
przez całe swoje życie troską i bólem o kształt duchowy i materialny Ojczyzny.
Taki był, kiedy walczył na froncie, gdy zamykano go w łagrze, później w krótkim
czasie aktywności twórczej w ZSRR, następnie na wymuszonej emigracji (on z Rosji
nie uciekł, wpakowano go siłą do samolotu i deportowano!) i wreszcie po powrocie
do kraju. Nigdy nie osiadł na laurach i nie zadowalał się odbieraniem hołdów i
nagród od rodaków i nie tylko. Próbował kreślić ścieszki odnowy moralnej narodu,
wypracowywać kierunki rosyjskiej polityki zagranicznej, aktywnie uczestniczyć w
sporze o przyszłość Rosji.
Zrobił sobie wielu wrogów, kiedy oskarżał w Dumie unicestwiającą państwo i
społeczeństwo, rozkradającą majątek narodowy oligarchię. Przemówienie jakby
prorocze i wieszczące nadejście lepszych czasów za prezydentury Władimira
Putina. Krytykując nieustanne historyczne parcie rosyjskiego potencjału
militarno-politycznego na Kaukaz, którego Sołżenicyn był przeciwnikiem (marzył
mu się w zamian rodzaj unii z Ukrainą i Białorusią, nigdy nie brał natomiast pod
uwagę ponownego podporządkowania przez Moskwę Polski i państw bałtyckich),
przepowiedział odrodzenie islamskiego fundamentalizmu, i że to on stanie się
największą ideową siłą i problemem XXI wieku. Szarpał się ze wszystkimi,
Rosjanie go nie rozumieli, bo mówił rzeczy niepopularne, a jednocześnie był
pogrążony we własnych wizjach narodu i kraju, również dość hermetycznych i
zamkniętych intelektualnie dla laików oraz także specjalistów, którzy uważali je
za fantasmagorie oderwanego od świata starca. Swym zwyczajem Aleksander
Sołżenicyn zaprzestał pukania do drzwi możnych i wybrał żywot samotnika. Pisał,
ale nie zdążył już dokończyć epickiego obrazu apokalipsy rewolucji
bolszewickiej, który miał w 9-cio tomowej wersji nosić tytuł "Czerwone koło". Po
śmierci z pewnością będzie pamiętany jako twórca miary Fiodora Dostojewskiego i
Lwa Tołstoja - moralnych nauczycieli elit narodu, ten, który ukazał rzeczywistą,
morderczą twarz komunizmu i zawsze kochał Rosję miłością bolesną.
Weźmy teraz "Polaka" Czesława Miłosza, znakomity przykład beznarodowego
oportunisty, marksizującego w Międzywojniu młodego snoba, który okupację
niemiecką przeżył spokojnie na legalnych, litewskich papierach - zawsze przez
władze hitlerowskie honorowanych. Po wojnie Miłosz próbował robić karierę w
komunistycznej dyplomacji, lecz byli bardziej cwani od niego, a więc ostatecznie
wybrał wolność na Zachodzie. O Polsce zawsze wyrażał się z pogardą, uważając ją
za "śmietnik", której dokonania kulturalne da się upchać w "kilku wagonach
kolejowych" (wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej"). W książce "Rok myśliwego"
(pierwsze wydanie 1990 r.) Miłosz zawarł pełny wachlarz antypolskich uprzedzeń i
pretensji. Pisał tam m.in. : "Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przeraża mnie
przed wojną, podczas wojny i przeraża całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak
powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język)
(...). Jeżeli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny
nonsens, po prostu dlatego, że w krajach tego nie ma? I ostatecznie, jeżeli 99%%
Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest to normalne" (Kraków
1991, str. 268). O powstaniu II Rzeczypospolitej: "Dla wielu, może dla
większości, polskie państwo pojawiło się jako anomalia albo wręcz przykra
niespodzianka" (str. 296). O Polsce po 1945 r.: "Dla Polski nie ma miejsca na
ziemi (...). Żaden rząd zachodni nie wpadłby na taki pomysł jak Stalin, żeby
wysiedlić miliony Niemców z ich wielowiekowych siedzib i oddać ten obszar
Polakom. Tym samym rzec można, że Polska istnieje z woli i łaski Stalina"
(str.162-163). Etyka wieprzka, któremu tam dobrze, gdzie dają wykwintnie jeść ze
złotego żłoba, oderwanego od polskich tradycji intelektualnego sybaryty, dla
którego ideałem jest Państwo Vichy, a Polska w jego pojęciu nie wyrąbała sobie
miejsca w Europie po 1945 r. hekatombą krwi, co przyznać musiał sam Stalin i
odrzucił rojenia żydowskich fanatyków ze "Związku Patriotów Polskich", którzy
pragnęli 17 republiki sowieckiej. Sam Miłosz wyraził takie życzenie, obrażając
przy okazji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Gajcego (poetów poległych
w Powstaniu Warszawskim - Miłosz przeczekał Powstanie w piwnicy pod pierzyną),
za co o mało nie dostał w mordę od obecnego wtedy u niego z wizytą w USA
Zbigniewa Herberta. Gdy "wybuchła niepodległość" w 1989 r., kroki Miłosza
skrzyżowały się naturalną koleją rzeczy z Michnikiem - i odtąd "wieszcz" opluwał
Polskę na łamach "Gazety Wyborczej". Miłosz począł demonstrować przy byle okazji
swe litewskie korzenie, za co tamtejsze władze obsypywały go orderami i
zaszczytami. Prześladowania Polaków na Litwie, nigdy Miłosza nie zajmowały. Pod
koniec życia był po prostu zdeklarowanym Litwinem, przypadkowo posługującym się
językiem polskim. Miłosz grał intensywnie Polaka, gdy ważyły się losy jego
nagrody Nobla, zaś Polska interesowała Zachód z powodu nadciągającego Sierpnia'
80. Jakiś tam Litwin, nikogo by wtedy nie wzruszył. Miłosz zabrał Nobla o wiele
godniejszemu poecie, patriocie Zbigniewowi Herbertowi, torpedował też później
jego kandydaturę do tego wyróżnienia na rzecz piewczyni stalinizmu i udecji
Wisławy Szymborskiej. Leży sobie teraz Miłosz w Krypcie Zasłużonych na Skałce,
trzeba było pójść na całość i pochować tam gubernatora Hansa Franka, który
względem Polaków także miewał przychylne gesty.
Dużo się teraz gada o jakimś szowinizmie i wielkoruskim imperializmie Aleksandra
Sołżenicyna. Kompletne idiotyzmy, albowiem paradoksalnie był to większy patriota
polski od Miłosza. To Sołżenicyn utrwalił na kartach "Archipelagu Gułag"
wstrząsającą, propolską scenę, którą warto zacytować w całości: "POLSKA DUMA -
Decyzja dziewiątego baraku była dla nas rozstrzygająca. To u nich już czwartą
dobę, od wtorkowego wieczoru, leżeli zabici. Dziewiątka szła do stołówki i
wychodziło na to, że za chleb i kaszę postanowili przebaczyć mordercom.
Dziewiątka była barakiem zagłodzonym (...). Odeszliśmy od okien w milczeniu. I
tu zrozumiałem, co to jest polska duma - i na czym polegał sekret polskich
powstań, tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski był teraz w
naszej brygadzie. Odsiadywał ostatni, dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był
kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy,
uprzejmy, wyrozumiały. A teraz - twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i
męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku i krzyknął ze złością, donośnie: -
Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę! Wdrapał się na
górne nary, odwrócił się do ściany i nie wstał! Myśmy w nocy poszli jeść - a ten
nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty, a nie
wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu
bezcielesnej Wolności. Gdybyśmy wszyscy byli tak dumni i nieustępliwi - to jaki
tyran by się ostał?" (Aleksander Sołżenicyn, "Archipelag Gułag 1918-1956" -
przekład Jerzego Pomianowskiego - t. III, s. 239, Warszawa 1990).
Polska duma... już za sam opis tej przejmującej i w pełni opartej na faktach
sceny, Aleksander Sołżenicyn powinien mieć w Polsce wystawiony pomnik, również
za to, iż zawsze Polskę i Polaków szanował. Kiedy "przyjaciele" polskojęzycznej
prawicy i lewicy - Żydzi, Niemcy, Anglicy lub Amerykanie - lżą nas przy byle
okazji, zmarły tak niedawno sławny Rosjanin, oddaje nam bezcenny, wyryty w
granicie jego nieprzemijającej twórczości hołd dla polskiego honoru. Pytanie,
czy dorastamy do inżyniera Jerzego Węgierskiego, czy wolimy płaszczyć się przed
Miłoszami, Geremkami i resztą tych żywych i martwych, poronionych "autorytetów
moralnych"? To już jednak nasz polski problem, zaś Aleksander Sołżenicyn, niech
przyjmie ostatnie pozdrowienia od zachodnich słowiańskich braci - CZEŚĆ JEGO
PAMIĘCI! POZOSTAŃ NA ZAWSZE Z BOGIEM!
ROBERT LARKOWSKI
http://www.polskapartianarodowa.org/index.php?option=com_content&task=view&id=519&Itemid...
boukun